Logotyp poziom czarny

Dla mnie nie zmieniło się nic

julka tło

Miałam 17 lat kiedy na środku obozowego magazynu kuchennego moja drużynowa i przyjaciółka powiedziała mi, że jej koleżanka, która ma przyjechać jutro w odwiedziny na obozie, to tak naprawdę jej dziewczyna. Płakała, bo nie wiedziała, jak zareaguję...

Miałam 17 lat, kiedy na środku obozowego magazynu kuchennego moja drużynowa i przyjaciółka powiedziała mi, że jej koleżanka, która ma przyjechać jutro w odwiedziny na obozie, to tak naprawdę jej dziewczyna. Płakała, bo nie wiedziała, jak zareaguję. A dla mnie? Dla mnie nie zmieniło się nic. Ani przez sekundę. I wiecie, w tym wszystkim czułam się szczęśliwa, że uznała mnie za osobę, której może się zwierzyć. Chociaż nie, to, co bardziej czułam, to co przeważyło to smutek, że w organizacji, którą obie kochamy nie czuje się rozumiana.

Od tego się zaczęło. Kilka miesięcy później nasze drogi się rozeszły. Wtedy zbyt wiele o tym nie myślałam. Miałam nadzieję, że w końcu będzie mogła udostępnić zdjęcia na Instagramie bez strachu, że ktoś zauważy, że patrzą na siebie z miłością. Dzisiaj myślę, że odchodzenie musiało być dla niej niemożliwie trudne i żałuję, że wtedy nie zrobiłam dla niej więcej.

Los sprawił, że dwie najbliższe mi od kilku lat osoby to dziewczyny, które zakochują się w innych dziewczynach i instruktorki, które wielokrotnie pokazały mi, co to znaczy być harcerką w każdym aspekcie swojego życia. Jak mądrze towarzyszyć i wychowywać, jak być wierną wartościom i jak w tym wszystkim nie zgubić siebie.

To dzięki nim dziś już wiem, jak trzymać przyjaciółkę za rękę, gdy dzieje się coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca.

I właśnie za to dostałam od mojej organizacji w twarz tak mocno, że od pół roku nie umiem się pozbierać. W ciągu kilku tygodni zrozumiałam, że poza planowaną funkcją i stopniem straciłam też większość relacji, miejsce przy wspólnym ognisku i szansę na kolejne przygody. A ja przecież robiłam tylko to, czego mnie od zawsze uczono. Kochałam, wspierałam, sprzeciwiałam się niesprawiedliwości, zadawałam pytania, szczerze rozmawiałam i czułam.

Od tego czasu zaczęłam liczyć, ile jeszcze będę miała okazji założyć mundur, każdą starając się zapamiętać w obawie, że może okazać się tą ostatnią. A przecież to nie tak miało być. Nie taki był plan. Nie tak wyobrażałam sobie bycie harcerką na zawsze…

I ciężko mi w tym wszystkim, bo czuję, że przecież to nie ja mam najgorzej. To nie mnie wykluczono rozkazem i sprowadzono do roli grzesznicy, która „rażąco łamie zasady organizacji". Przecież jestem porządną katoliczką w związku z chłopcem. W teorii przecież mogłabym zostać. Nikt mnie stąd nie wyrzucił. A jednak ciągle płaczę, nieustający stres przypłacam wycieńczeniem organizmu, koszmarami i atakami paniki. Na konsultacji psychologicznej (z Zespołem Wsparcia ZHR) słyszę, że organizacja jest dla mnie przemocowym środowiskiem, w którym w trosce o własne zdrowie, nie powinnam dłużej funkcjonować.

A ja w tym wszystkim marzę, by zostać. Chcę zorganizować obóz dla mojej małej siostry, która właśnie została drużynową. Waham się, gdy ktoś pyta mnie o działanie w kolejnym roku. Nie jestem w stanie powiedzieć na głos, że muszę odejść. Przecież tak bardzo nie chcę. To tu jest moje życie. 15 lat przyjaźni, wspomnień, przygód, rozwoju kolejnych kompetencji, szukania pola służby. Nie pamiętam, jak to jest nie być harcerką i za nic w świecie nie chcę sobie przypominać. ZHR to mój dom. Nie umiem sobie wyobrazić lipca bez obozu, nie wiem, co ludzie robią, gdy mają w miesiącu więcej niż 2 wolne weekendy i jak rozwijają się bez stopni. Nie wiem o czym rozmawiają i gdzie poznają przyjaciół. Nie umiem się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, która zdaje się być nieunikniona. Bo tu nie ma już dla mnie miejsca. To staje się dla mnie jasne, gdy słyszę, że opiekunka mojego stopnia nie planuje zgłosić mnie na Komisję, gdy kurs, który miałam poprowadzić rozpoczyna pracę beze mnie, a ja dowiaduję się o tym przypadkiem. Ale przecież nikt mnie nie wyrzucił.

autor_ka anonimowy_a