Logotyp poziom czarny

Dla naszego dobra

julka tło

Ukrywamy się z lęku przed wyrzuceniem, przed skandalem, przed byciem wytykanym palcami. Kiedy nasza orientacja lub związek wychodzą na jaw — jesteśmy oszustami, bo zatajaliśmy to przed Wami tak długo, bo jesteśmy nagle w Waszych oczach kimś innym...

"Kiedy stwierdzisz, że jesteś niezgodna z zasadami, podejmij decyzję o odejściu"

Mam przyznać się do winy i w ramach pokuty odejść.

Nie robić szumu, bo przecież i tak nic tu się nie zmieni.

Ukrywamy się z lęku przed wyrzuceniem, przed skandalem, przed byciem wytykanym palcami. Kiedy nasza orientacja lub związek wychodzą na jaw — jesteśmy oszustami, bo zatajaliśmy to przed Wami tak długo, bo jesteśmy nagle w Waszych oczach kimś innym.

Mam wrażenie, że macie do nas pretensje, że sami, bez wahania, nie wyrzuciliśmy do niszczarki kilku czy kilkunastu lat naszej przynależności do wspólnoty. Przecież doskonale wiemy, jakie są zasady.

Jakie zasady? O czym mówicie? Mam je wymyślić? Złożyć je z półsłówek, wywracania oczami, ustnego przekazu czyiś domysłów, kazań Jędraszewskiego? Po tym ogólnym kontekście mam zrozumieć, że nagle nie ma tu dla mnie miejsca? Nikt mi tego nie powie wprost?

A gdy już te zasady wymyślę, jak już złożę wasz pokrętny sens w całość - wtedy mam się z nim zgodzić? Przyjąć go bez słowa i wątpliwości? Nie robić zamieszania? Nie podważać bo się na to zgodziłam? Rzeczywiście może trzeba było czytać drobny druczek, gdy w pierwszej klasie zostałam zuchenką albo potem, gdy mając 18 lat zostałam instruktorką. Tylko jakoś i wtedy nikt nie garnął się, żeby mi to wyjaśnić. Wtedy na kursach mówiono mi, że organizacja to my, że my decydujemy o jej kształcie. Z resztą, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mnie to dotyczy. A kto martwi się rzeczami, które nie dotyczą go bezpośrednio? Doświadczenie pokazuje mi, że bardzo niewielu...

Mimo lat budowania we mnie poczucia wstydu, lęku przed tym, że coś jest ze mną nie tak, że to, co czuję tak pewnie i jasno, jest tak naprawdę efektem „globalnego spisku lewackich środowisk i ideologii gender” — nie zgadzam się.

Nie będę w to grać i udawać, że narracja o odchodzeniu z organizacji “dla naszego dobra” albo powtarzanie, że osoby niehetero przecież mogą być instruktorami jeśli dochowują czystości, jest aktem łaski. Że wymowne milczenie, następujące po pytaniach o głębszy sens i logikę tych powtarzanych jak mantra stanowisk, nie jest robieniem ze mnie obcej i innej. Że brak odpowiedzi na bardzo konkretne pytania nie jest wyrazem obojętności lub pogardy. Jakbym była kimś z zewnątrz. Błędem w systemie. Niedogodnością.

„Podejmij decyzję” — czyli ja mam to zrobić? Sama mam się wyrzucić? Wy mi tylko delikatnie wskazałyście kierunek do wyjścia...

Wzbranianie się przed powiedzeniem jasno, czego się od kogoś oczekuje, a następnie rozliczanie z tego, co sam miał się domyślić i odgadnąć, to manipulacja. To umywanie rąk od odpowiedzialności.

Nie powiecie, że granica jest na chodzeniu za rękę, flircie, przytulaniu, całowaniu, czy myśleniu lub mówieniu o tym, że ktoś nam się podoba. Same wiecie, jak bardzo jest to absurdalne. To ja mam stwierdzić, gdzie przekraczam granice czystości. Problem w tym, że nie czuję, żebym to robiła.

Nic nie było dla mnie tak czyste jak miłość do niej. Tak proste, naturalne i dobre. Moja granica w okazywaniu jej uczuć nie istnieje, a to, co robię, jest czyste. Nie traktuję jej instrumentalnie, nie mam wobec niej żadnych ukrytych intencji, nie jest środkiem do celu — jest mi równa. Jakie zasady miałabym więc łamać? Z jakim dobrem miałoby to stać w sprzeczności?

Oczekujecie, że będę podważała piękne i dobre chwile mojego życia. Że w kółko będę zadawała sobie pytanie: „czy to było złe?”. Trudno mi wyobrazić sobie coś bardziej okrutnego niż skazanie kogoś na wieczne podważanie tego co czuje. Skoro mam podważać miłość, to w czym mam sobie ufać? Gubię się w tym, gdzie zaczynam się ja, a gdzie wasze domniemane zasady, których mam przestrzegać pod groźbą wykluczenia.

Z perspektywy czasu myślę, że nie należało stawiać wszystkiego na jedną kartę — na harcerstwo. Nie należało zaangażować się do tego stopnia, że niemal wszystkie najbliższe relacje są w jednym środowisku. Ale tego ode mnie wymagaliście. To było we mnie wzmacniane: „zaangażuj się”, „weź odpowiedzialność”. Więc angażowałam się i brałam: kursy, hufce, obozy, zloty, konferencje, podopieczne na stopnie. Teraz wiem, że w życiu trzeba bardziej dywersyfikować. Wtedy nie wiedziałam. Więc stałam się własnym policjantem, reagowałam na coś na kształt wszczepionego pod skórę chipa, który raził mnie prądem, gdy tylko o niej myślałam.

Teraz wiem, że był to absurd. Mówienie ze smutną miną, że nie możecie wyznaczyć tych granic, że każda sytuacja jest indywidualna i należy podchodzić do niej z delikatnością, że odpowiedzialność spoczywa na moim sumieniu (jednocześnie nie pozostawiając mu żadnej innej opcji niż uznanie, że moja miłość jest zła) — to jest tak tchórzliwa, obłudna i fałszywa postawa, że nie wiem nawet, co Wam powiedzieć.

Instruktorzy i instruktorki mają być chrześcijanami. Tak się składa, że w naszym kraju o monopol nad tym czym jest chrześcijaństwo i kim są chrześcijanie najgłośniej zabiega taka grupa w kościele katolickim, która z ambon sączy jad o “ideologii LGBT+”, a część z Was zdaje się to uznawać za jedyną obowiązującą wersję myślenia. Kościół nie jest i nigdy nie był monolitem, zderza się w nim tak wiele różnych idei i przekonań, sposobów patrzenia na wiarę i akcentowania tego co najważniejsze. Żeby to zrozumieć wystarczy trochę poczytać, a człowiek nagle znajduje się jakiejś równoległej rzeczywistości, poza mainstreamowym, polskim kościołem. Ja dzięki temu widzę i rozumiem więcej.

Nie wszyscy jednak zetkną się z takim przekazem, sięgną po inne książki, nie u wszystkich w domach leży “Tygodnik Powszechny”, nie wszyscy słyszeli o teologii wyzwolenia na zajęciach uniwersyteckich, nie wszyscy przesyłają sobie między znajomymi artykuły z magazynu Kontakt, nie wszyscy wiedzą o działaniach KIKu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze aspekt umiejętności argumentowania oraz siła, żeby przeciwstawić się tej głównej narracji. Nie wszyscy mają takie możliwości i zasoby.

Deklarujecie rozróżnianie między “skłonnościami” a “realizowaniem tych skłonności”. Tylko tu nie mówimy o jedzeniu słodkiego na noc. Nie mówimy o chęci zapalenia papierosa. Nie mówimy o skłonności do konfabulowania, pesymizmu, odkładania rzeczy na później. Mówimy o potrzebie do tworzenia relacji, do tworzenia związków i rodzin. Nazwijcie to brakiem wyobraźni, ale nie mieści mi się w głowie jak można wrzucić to do jednej kategorii ze “złymi skłonnościami”. Chyba, że ktoś to robi, żeby wybielić swoje sumienie… wtedy ten mechanizm deprecjonowania jest dla mnie zupełnie jasny. Rozumiem też, że podkreślanie różnicy między “skłonnościami” a “czynami” to bardzo wygodny argument. Przecież nie mówię, że ona jest inherentnie zła, tylko wskazuję na zło jej czynów. Wszyscy jesteśmy przecież grzesznikami. Sprawa załatwiona, możemy iść dalej. Tylko ja z tym zostaję. Z pytaniem, jak mam dalej żyć wiedząc, że moja chęć dzielenia się miłością i tworzenia rodziny jest zgniła i prowadzi do zła, kusi mnie do złych czynów, że według mojego środowiska znajduje się w tym samym zbiorze co kłamstwo, kradzież, zdrada.

Wracając do kwestii logistycznych - jak realnie miałaby wyglądać nasza przynależność do organizacji? Jak nasza harcerska wspólnota miałaby traktować “takie osoby”? Jak już je traktuje? Jak tykającą, tęczową bombę, która w każdej chwili może wybuchnąć? Kto chce podejmować ryzyko powierzania takiej osobie kolejnych funkcji i odpowiedzialności? Przecież nie wiadomo, czy w połowie kadencji się nie zakocha w koleżance ze studiów i zostawi nas na lodzie.

Czy mamy się zatem trzymać na uboczu? Robić akcje, wyjazdy, mieć jakąś fuchę “na doczepkę”, pójść do HOPRu lub KPH? Czy mamy trzymać się środowiska dla którego jesteśmy takim obciążeniem?

Zastanawiam się też, czy mamy nic nie mówić o swojej orientacji i siedzieć cicho podczas tak licznych rozmów o związkach. Część z Was chyba nie zdaje sobie sprawy, jak dużą część dyskusji w naszym środowisku stanowią rozmowy o chłopakach, dziewczynach, obozowych zauroczeniach. Rozumiem, że mam nie brać w nich udziału, a na bezpośrednie pytania o to, kto mi się podoba, odpowiadać wymijająco?

Czy może lepiej będzie, jak stanę się małpką w homofobicznym objazdowym cyrku? Jeżdżąc po kursach, konferencjach i zbiórkach drużyny naczelniczki będę opowiadać o tym jak walczę ze swoją ułomnością i jakie wspaniałe wsparcie okazuje mi w tej chorobie organizacja? Takie publiczne samobiczowanie ku uciesze zadowolonej z siebie gawiedzi.

Dalej słyszę, jak mówicie “odejdź dla własnego dobra, zostaw to, odnajdź spokój i przynależność gdzie indziej”. Tylko, że dla mnie nie ma żadnego “poza”, nie ma “gdzie indziej”. Piszę ten tekst anonimowo, bo boję się, że potencjalny pracodawca znajdzie go sprawdzając mój “digital footprint” co przesądzi o tym, że konkurs wygra kto inny. Bo boję się, że tematem zainteresują się prawicowe “media” i nie dadzą mi spokoju. Mieszkam w Polsce tak jak wy. W naszym kraju zostało jeszcze bardzo wiele do zrobienia, żebym nie musiała bać się chodzenia za rękę po parku, żebym mogła odebrać jej wyniki badań. Dokąd mam odejść? Czy może mam dołączyć do organizacji dla osób LGBT+? Stworzyć osobne życie, osobną organizację tylko z takimi ludźmi, którzy są niemal tacy sami jak ja? Tylko, że z historii wiem, że to nigdy nie jest przepis na udane społeczeństwo. Osobno, oddzielnie, nie na waszych oczach. Jeszcze bardziej się od siebie oddalając.

Ale jeśli jednak wierzycie głęboko, że “organizacja ma swoje zasady i ma prawo je mieć, zupełnie niezmienne, niepodważalne, takie, których nie wolno kwestionować” - to jak w takim razie dochodzi do jakichkolwiek zmian w społeczeństwie? Jeśli wszystko jest stałe, osobne, nie wchodzi w interakcje z tym co je otacza? Jeśli nowe informacje, inne punkty widzenia są nieprawomocne?

Czy jeśli rzeczywiście bliska jest wam ta logika, logika “osobności”, to co byście zrobili, gdyby pewnego dnia wasze własne dziecko usiadło naprzeciwko was i powiedziało: “Mamo, Tato, kocham kogoś tej samej płci”? Czy wtedy też odpowiedzielibyście: “znajdź sobie inne miejsce”, “stwórz własny świat, daleko od naszego”? Czy wtedy też uznalibyście, że osobność rozwiązuje problem?

Nie wiem ile razy mam powtarzać, że nie jestem z zewnątrz, że byłam w tej organizacji 16 lat, że przecież nie robię komuś krzywdy, tylko chcę żyć zgodnie z tym co o sobie wiem, zgodnie z moim sumieniem, z moją naturą. Że byliście moimi przyjaciółmi, część z Was traktowałam jak rodzinę. Ja nie mogę się zmienić, wasze poglądy i postawa mogą.

Wiem już, że w tym, jak kocham, nie ma nic złego. Czułam to, gdy byłam jeszcze instruktorką, i czuję to jeszcze pełniej dziś. A ta wiedza mnie do czegoś zobowiązuje — do sprzeciwu. Do wskazywania błędów w rozumowaniu. Do niepozwalania na spychanie na mnie odpowiedzialności za coś, co nie jest moją winą. Z szacunku do siebie, ale też do ludzi którzy mnie otaczają, nie spędzę życia na samobiczowaniu się. I wam odradzam zachęcanie do tego innych. Bo to okrutny wyrok.

Wiem, że po przeczytaniu tego tekstu wiele osób powie, że jest "zbyt emocjonalny". Że rozmowę o naszej przynależności należy prowadzić na spokojnie, na chłodno, z dystansem. Ale czy nie widzicie, że stawiacie przede mną wymagania niemal niemożliwe do spełnienia? Że oczekujecie ode mnie, bym miała dystans — do własnego życia, do własnej godności?

Oczekujecie, że przedstawię swoje zdanie krótko, bez emocji, łatwostrawnie. Że nie zranię nikogo swoją szczerością. Że będę mówić w formie, która nie wywoła w Was wyrzutów sumienia.

A przecież z Waszych ust mogą padać najbardziej krzywdzące słowa, byle wypowiedziane spokojnie, z zachowaniem decorum, którego łatwo jest przestrzegać gdy temat jest dla Was abstrakcyjny.

Do koleżanek, które powtarzają: "Organizacja ma zasady. Jeśli nie będziesz mogła ich przestrzegać, odejdź."

Wiem, że to trudne. Wiem, że możecie nie mieć siły. Że chcecie zamknąć temat, nie myśleć o tym więcej.

Ale to nie jest rozwiązanie.

Jeśli naprawdę wierzycie, że to, jak kocham, jest złe — powiedzcie to. Miejcie w sobie tyle przyzwoitości, by jasno to sformułować. Zapiszcie to w instrukcji, którą dostanie każdy harcerz, każda harcerka, każdy rodzic.

Jeśli zaś czujecie w sercu, że to niesprawiedliwe — nie zgadzajcie się. Powiedzcie to głośno. Jeśli wy nie zabierzecie głosu, nikt inny tego nie zrobi. Wbrew temu, co się wam wmawia, lojalność wobec organizacji nie polega na ślepym posłuszeństwie. Lojalność polega na trosce o jej prawdziwe wartości: o godność, o sprawiedliwość, o człowieczeństwo.

Milczenie oznacza zgodę. I ta zgoda będzie waszym wyborem.

autor_ka anonimowy_a