Logotyp poziom czarny

Elephant in the room

julka tło

Mi do dzisiaj towarzyszy strach, który jest zależny od geografii. W mieście, w którym działałam jako harcerka jestem „w szafie". W mieście, do którego wyjechałam, nie ukrywam swojej orientacji. I nadal boje się mówić o tym publicznie, czy wstawić na social media głupie zdjęcie z parady równości. Bo mimo że nic już nie może mi się stać, to sama możliwość, że przypadkiem będę zmuszona do konfrontacji z kimś z ZHRu jest wystarczająco przerażająca, żeby się powstrzymać...

Chyba najtrudniej jest właśnie zacząć. Szczególnie taką historię. Przecież ta sytuacja - bycia osobą nieheteronormatywną w ZHR - nie ma jasnego początku. Tak się akurat składa, że czas działania w ZHR nakłada się zazwyczaj na czas odkrywania swojej seksualności.

Także wracając, trudno jest zacząć. Również dlatego, że samo zanurzanie się w harcerskie wspomnienia nie jest dla mnie najłatwiejsze. I nie mam tu na myśli nawet jakiejś szczególnej „traumy", raczej uczucie gigantycznej tęsknoty, która pojawia się przy przywoływaniu tych wspomnień.

Patrząc z perspektywy czasu na swoje działanie w ZHR myślę, że miałam dużo szczęścia, (jeżeli w ogóle można to tak nazwać), ponieważ udało mi się przez większość czasu uniknąć dyskryminacji wymierzonej bezpośrednio we mnie. Było to prawdopodobnie związane z tym, że bardzo niewiele osób wiedziało o mojej orientacji seksualnej. Jednak nie mogę powiedzieć, że dyskryminacji nie doświadczyłam. Po prostu sytuacje, które mnie spotykały, były „systemowe". Wydarzające się przy okazji innych aktywności, wydaje mi się, że bez intencji wyrządzenia jakiejkolwiek krzywdy czy przykrości. Budowały je okoliczności. I też nie chodzi mi teraz o usprawiedliwianie kogokolwiek, bo nadal można zadawać sobie pytanie jakim cudem osoby bezpośrednio odpowiedzialne za tworzenie takich struktur nie pomyślały: a co, jeżeli wśród nas jest osoba nieheteronormatywna? Chodzi mi raczej o pokazanie, że proponowane przez ZHR sposoby radzenia sobie z „problemem" są dogłębnie szkodliwe i moim zdaniem domagają się zmiany systemowej, a nie szukania winnych.

Sytuacja, jedna z wielu, ale która najbardziej wbiła mi się w pamięć to moment na jednym z kursów instruktorskich. W czasie zajęć odbywały się dyskusje na różne „problematyczne" tematy i jednym z nich było pytanie czy osoba homoseksualna może być instruktorką.

I w momencie, w którym pada to pytanie, mnie momentalnie ściska w żołądku. Bo jak z tego wybrnąć? Jak się zachować, żeby się za bardzo nie odsłonić?

Co ciekawe, wszyscy jakoś czuliśmy, że w trakcie tego kursu ten temat zostanie poruszony, był to swoisty „elephant in the room" – oczywisty problem, o którym za bardzo się nie rozmawia. Co za tym idzie wiedziałam też, że wśród osób, które były na kursie są osoby „bezpieczne", wspierające (bo poza oficjalnymi harcerskimi sytuacjami, był to temat dyskutowany w zaufanym gronie dość szeroko), ale mimo to stres, który się wtedy pojawił został we mnie do dzisiaj.

Z perspektywy czasu samo pytanie, czy w ogóle myślenie w takich kategoriach wydaje mi się absurdalne, ale wtedy, w sytuacji głębokiego zanurzenia w organizacji jedyne o czym byłam w stanie myśleć, to jak ta dyskusja się potoczy i czy nie zostanę w jakiś sposób wykluczona. Nie byłam wtedy w stanie nawet postrzegać tego jako przejawu dyskryminacji, bo miałam wdrukowane, że faktycznie jest to problem i że trzeba o tym rozmawiać, właśnie w takich kategoriach.

Ale zasadniczo doprowadza to do tego strasznie dziwnego moment, w którym twoja orientacja seksualna staje się sprawą publiczną. Bo co, jeżeli ktoś się dowie? Bo trzeba o tym rozmawiać, bo kogoś to interesuje, bo niesie to za sobą konsekwencje.

Jednak ta opowieść ma w sobie pewien twist. Miałam ogromne szczęście być w gronie osób, które w większości niemal natychmiast odpowiedziały: tak, osoba homoseksualna może być instruktorką.

I twist numer 2. Osoby prowadzące te rozmowę, zamiast zaakceptować te odpowiedź i prowadzić rozmowę w zaproponowanym przez uczestniczki kierunku, zaczęły tak zadawać pytania, żeby naszą odpowiedź obalić.

To co ja ostatecznie wyniosłam z tej rozmowy to poczucie: nie chcemy Cię tu. Niezależnie, ile dobrego zrobiłaś i jak możesz się przysłużyć organizacji, po prostu nie pasujesz. U mnie spowodowało to powolne odsuwanie się od harcerstwa. Spadła motywacja, zaangażowanie. I ostatecznie przyszedł moment, w którym musiałam zdecydować: harcerstwo, które uwielbiam, w którym mam przyjaciół, które jest dla mnie ważne czy moje zdrowie psychiczne i wolność. Decyzja, której podjęcie (wbrew pozorom) jest praktycznie niemożliwe. Decyzja, która jest obciążona takim ładunkiem emocjonalnym, że ciągnie się przez wiele miesięcy. I która zostawia blizny, bo do dzisiaj jak myślę o moich czasach w ZHRze przepełnia mnie smutek, z którym nie do końca umiem sobie poradzić. I zastanawiam się, czy jakakolwiek instruktorka chciałaby, żeby jej harcerka po latach wspominała harcerstwo z takim smutkiem. Ja bym nie chciała.

Ale to co mi się wydaje najgorsze w tym wszystkim to fakt, że głęboko wpaja się ludziom przekonanie, że bycie osobą nieheteronormatywną to coś złego. Mam oczywiście świadomość, że ZHR nie jest jedynym miejscem, które propaguje taki sposób patrzenia na rzeczywistość, jednak dla mnie był zdecydowanie pod tym kontem najważniejszy, wręcz tożsamościowo twórczy.

I dlaczego akurat to jest najgorsze? Bo to jest coś co zostaje jeszcze długo po tym jak zdecydujesz się z harcerstwa odejść. A przynajmniej to, co zostało we mnie długo po tym i spowodowało szereg problemów z zaakceptowaniem własnej tożsamości. Co wydaje mi się głęboko sprzeczne z celem ZHRu.

Mi do dzisiaj towarzyszy strach, który jest zależny od geografii. W mieście, w którym działałam jako harcerka jestem „w szafie". W mieście, do którego wyjechałam, nie ukrywam swojej orientacji. I nadal boje się mówić o tym publicznie, czy wstawić na social media głupie zdjęcie z parady równości. Bo mimo że nic już nie może mi się stać, to sama możliwość, że przypadkiem będę zmuszona do konfrontacji z kimś z ZHRu jest wystarczająco przerażająca, żeby się powstrzymać.


autor_ka anonimowy_a