Jestem dowodem na to, że orientacją nie można się zarazić

Bardzo chciałam wtedy okazać jej wsparcie. Pokazać, że ja nie mam nic przeciwko, że nadal jest dla mnie tą samą wartościową osobą, ale jednocześnie czułam, że muszę przygotować ją na to, co może nastąpić. Że nie mogę powiedzieć: “tak, to nie ma znaczenia, nie martw się”, a bardzo chciałam, żeby po tym zdaniu nastąpiła kropka, a nasza dyskusja się zakończyła.
Długo czułam i dalej w jakimś stopniu czuję, że moja historia, to nie do końca jest „moją historią”. Jest ona zlepkiem historii i doświadczeń innych osób, w których ja byłam postacią trzecioplanową. Dlaczego? Ponieważ mnie osobiście nie dotknęła dyskryminacja, ze względu na moją orientację. Mimo to, uczestniczyłam w wielu sytuacjach, obserwowałam lub przeżywałam je razem z moimi przyjaciółkami – z moimi najbliższymi osobami. Mam na imię Nel, a to jest moja historia – heteroseksualnej kobiety, która przez kilka ostatnich lat otaczała się w większości nieheteroseksualnymi przyjaciółkami i widziała, jak były traktowane przez to w kim się zakochały.
Tak samo jak moje koleżanki, przez lata pięłam się wzwyż na naszej harcerskiej drodze
– zdobywałam nowe stopnie, funkcje, podejmowałam się nowych wyzwań. Zostałam instruktorką oraz drużynową. Otaczały mnie wspaniałe młode kobiety - mądre, inspirujące, pełne energii i wielu pomysłów do pracy, na rozwój siebie, swoich jednostek, a przede wszystkim swoich harcerek. Dziewczyny, którym powierzyłabym absolutnie wszystko, każde zadanie, każdy problem, każde pytanie, które poszukuje odpowiedzi. Dziewczyny, którymi się otaczałam, moje koleżanki instruktorki to wspaniałe kobiety. Nie potrafię powiedzieć, w którym momencie uświadomiłam sobie, że nie wszyscy podzielają moje zdanie. Okazało się, że ich zasługi, umiejętności i charakter, w oczach niektórych nie miały większego znaczenia. Jeden element ich osobowości miał przekreślić wszystko inne - to w kim się zakochują.
PRZYJACIÓŁKA
Zastanawiam się, gdzie powinnam tę historię zacząć. Myślę, że początek mogę umiejscowić w momencie, kiedy po raz pierwszy moja przyjaciółka z drużyny w trakcie nocnych obozowych pogaduszek powiedziała mi, że osoba, o której od tak dawna mi opowiada to dziewczyna. Gdy to usłyszałam, nie zmieniło się dla mnie absolutnie nic w naszej relacji, w moim postrzeganiu jej jako osoby. Przyjęłam tę informację w ten sam sposób jakbym dowiadywała się o imieniu osoby, z którą się spotyka – nie miało to dla mnie większego znaczenia. Jedyne czego chciałam, to żeby była szczęśliwa, a widziałam z jaką radością opowiada mi o tej osobie (wtedy jeszcze unikając zaimków tak, abym nie wiedziała o jakiej płci mówi). Chciałam jej pokazać, że cieszę się jej szczęściem, że ją wspieram i pokazać, że nie ma o co się martwić i że może mi zaufać. Dla mnie to było coś tak naturalnego i normalnego, że w mojej głowie nigdy nie mieściła się myśl, że mógłby być to dla mnie jakiś problem. Z czasem, zaczęłam coraz bardziej rozumieć, że jest to coś o czym w naszej. organizacji nie można głośno rozmawiać.
Tak samo reagowałam, przez lata, gdy przyjaciółki - mniej lub bardziej wprost - dzieliły się ze mną swoją orientacją lub opowiadały o swoich historiach miłosnych, czekając na moją reakcję. Uwielbiałam ich słuchać i do dziś słucham ich z radością. Jedyne co zawsze się dla mnie liczyło i zawsze liczyć będzie, to to czy są szczęśliwe. Widziałam je, jak były zakochane, jak przeżywały rozterki miłosne, jak opowiadały o swoich wybrankach i jak walczyły o tę miłość. Nigdy nie pojmę, jak ktoś może stwierdzić, że to co one czują jest złe, jest gorsze od tego, co ja czuję, w momencie gdy jestem zakochana.
Z bólem patrzyłam jak moje przyjaciółki po kolei decydują się na odejście z naszej organizacji (bardziej lub mniej dobrowolnie) ze względu na to, kogo kochają. Dlaczego?
Bo jedna miała tego zwyczajnie dosyć. Bo przełożona i przyjaciółka drugiej zdecydowała, że to nie jest okej, że to grzech, że powinna odejść. Bo trzecia bała się, że i tak ją zaraz wyrzucą jak się dowiedzą, a nie miała siły ani chęci ukrywać się ze swoją dziewczyną przed światem. A ja patrzyłam ze smutkiem na to, jak decydują się porzucić miejsce, które tak wiele dla nich znaczyło, bo poczuły, że nie są tam chciane ani akceptowane. Gdybym mogła, zrobiłabym wszystko aby nie musiały nigdy stawać przed takim wyborem.
DRUŻYNOWA
Bycie drużynową to było moje marzenie. To czego chciałam, to stworzyć miejsce, dla moich harcerek – wspólnotę otoczoną siostrzeństwem. Bezpieczne miejsce, w którym będą mogły się rozwijać, bawić, uczyć i przeżywać wspaniałe przygody.
„Chcę z tobą porozmawiać jako z moją przyjaciółką, nie z moją drużynową – dobrze?”.
W ten sposób zaczęłyśmy jedną z wielu rozmów w tym temacie, którą przeprowadziłyśmy w trakcie mojej kadencji. Rozmowę na temat nieheteroseksualnych harcerek. Nie chciałam, by moje zdanie jako przyjaciółki różniło się od zdania jako drużynowej, więc postanowiłam, że nie będzie. Chociaż wiem, że wiele osób oczekiwałoby ode mnie czegoś zupełnie innego.
Nigdy nie chciałam namawiać do niczego żadnej mojej harcerki. Do podjęcia się funkcji, do dalszego realizowania stopni, do dalszego rozwoju - do pozostania w drużynie, ani w organizacji.
Szczególnie, kiedy wiedziałam, jaki jest powód wątpliwości w tym, czy zostać powinna. Nie chciałam, żeby cierpiała. Żeby musiała się ukrywać. Żeby wzięła na siebie coś tak zobowiązującego, jeśli to będzie za dużo. Życie w ukryciu, uważanie na każde słowo, każdy czyn – żeby tylko nikt się nie dowiedział, nie odebrał jej funkcji, drużyny, tego na czym najbardziej jej zależy. To był trudny wybór.
Bardzo chciałam wtedy okazać jej wsparcie. Pokazać, że ja nie mam nic przeciwko, że nie ma to dla mnie znaczenia, ale jednocześnie czułam, że muszę przygotować ją na to, co może nastąpić. Że nie mogę powiedzieć: “tak, to nie ma znaczenia, nie martw się”, a bardzo chciałam, żeby po tym zdaniu nastąpiła kropka, a nasza dyskusja się zakończyła.
Nie wszyscy zareagują tak samo jak ja. Nie dla wszystkich to nie będzie miało znaczenia – i to bolało mnie najbardziej, że może kiedykolwiek przez to cierpieć. Nie mogłam ukrywać tego przed nią, szczególnie jeśli miała zaraz się zetknąć z tą rzeczywistością samodzielnie. Było to dla mnie niezwykle trudne, ale wiedziałam, że dla niej jest tysiąc razy trudniejsze. Nie wiedziałam jak jej pomóc, jak sprawić, że “będzie dobrze”. Nie mogłam samodzielnie nic zrobić z tym, że moja wspaniała harcerka, jest niechciana w organizacji. Bolało mnie to, że nic z tym nie mogę zrobić. Że nie mogę sprawić, że dla niej i moich harcerek to będzie w pełni bezpieczne miejsce. Zrobiłam to w drużynie, dając im do zrozumienia, że orientacja każdej mojej harcerki nie ma dla mnie znaczenia – chciałam, żeby dla nas wszystkich to było tak samo wspaniałe miejsce bez wyjątku. Bolało mnie to, że organizacja, która tak wiele mi dała, może jednocześnie tak wiele zabrać. Mogłam tylko szczerze przedstawić sytuację, powiedzieć, jak kończą się takie rozmowy, co słyszę od przełożonych, wyrazić swoje zdanie i zapewnić, że jestem i będę po jej stronie, niezależnie od decyzji.
Bo to nigdy nie była moja decyzja, żeby powiedzieć, jej że ma odejść i w życiu bym tego nie zrobiła. Moje serce jednocześnie cieszyło się na myśl, że chce zostać w drużynie, ale jednocześnie łamało się na myśl, z jakimi przykrościami będzie musiała się zmierzyć.
ZDERZENIE Z RZECZYWISTOŚCIĄ
Przeprowadziłam kiedyś rozmowę, w której z wielką złością broniłam wszystkich moich przyjaciółek (oczywiście starając się ich „nie wydać”). Bardzo bliska mi osoba, która również należała do ZHRu, zasugerowała, że orientacja ma wpływ na to jakimi wychowawcami jesteśmy jako instruktorzy i instruktorki. Była to dla mnie bardzo emocjonująca rozmowa, bo chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że dla kogoś tak mi bliskiego ten aspekt naprawdę jest na tyle istotny, żeby ocenić drugiego człowieka przez jego pryzmat. Rozmowa zaczęła się od dyskusji, na temat słów ówczesnej kandydatki na naczelniczkę, która wypowiedziała się, że według niej nieheteroseksualne dziewczyny, nie powinny być instruktorkami. Ja opowiadałam o tym, co usłyszałam z wielką frustracją, a w odpowiedzi usłyszałam tylko; „Ja się z nią zgadzam. Nie mam nic przeciwko osobom homoseksualnym, ale w ZHR panują konkretne zasady i musimy się ich trzymać”
- Gdzie to jest napisane? – Zapytałam. – Pokaż mi, gdzie wprost jest napisane, że nieheteroseksualne osoby, nie mogą być instruktorami i instruktorkami.
Cisza. To była odpowiedź.
- Nie wiem, ale tak jest i już. Po prostu homoseksualne instruktorki nie powinny prowadzić drużyn, nie powinny być drużynowymi i wychowawcami, bo takie są zasady. Nie mam nic do tego, że ktoś jest homo, ale w ZHRze są zasady.
- W jaki sposób orientacja ma wpływać na to jak one wychowują swoje harcerki? W jaki sposób Twoja orientacja wpływa na to jak Ty wychowujesz? W jaki sposób Ty wykorzystujesz swoją heteroseksualność w pracy wychowawczej? Bo ja na przykład, nie wykorzystuje mojej orientacji w żaden sposób, więc nie sądzę, żeby to miało znaczenie. – Mogłam przeprowadzić tę dyskusję spokojniej i często wracam do niej myślami, ale w tamtym momencie byłam pochłonięta falą złości i zadawałam sobie jedno pytanie – jak ktoś może pomyśleć - tak realnie pomyśleć - że to, w kim ktoś się zakochuje wpływa na jego pracę wychowawczą? Jak ktoś mógł podważyć fakt tego, że te wszystkie cudowne instruktorki, które znam mogą być w jakimkolwiek stopniu „gorsze” przez ich orientację? Do dzisiaj nie otrzymałam odpowiedzi na to pytanie.
– Czy w takim razie uważasz, że nasze przyjaciółki są gorszymi instruktorkami, ponieważ nie są hetero? - Zarzuciłam wtedy salwę pytań, a to było jedno z nich.
Usłyszałam tylko „Stop. Nie chce dłużej o tym rozmawiać”.
Nigdy nie usłyszałam potwierdzenia, że są gorsze, ale też nigdy nie usłyszałam zaprzeczenia co do moich słów - a przecież mówiliśmy o naszych przyjaciółkach, nie o kimś anonimowym. Milczenie było jednak wystarczającą odpowiedzią.
INSTRUKTORKA
- Czy nieheteroseksualna dziewczyna może być instruktorką? – padło pytanie w krąg, które miało być początkiem wieczornej dyskusji, na naszym kursie dla przyszłych podharcmistrzyń.
Po krótkim czasie (mi zdawało się, że to były minuty ciszy, ale w rzeczywistości pewnie minęło kilka sekund) jakbyśmy się umawiały, jak na ciche 1,2,3... odpowiedziałyśmy chórem:
- TAK.
Patrząc się tylko po sobie i utwierdzając się w tym, że dobrze zrobiłyśmy mówiąc to na głos.
Nastała pełna zdziwienia cisza.
Wiedziałam, że wiele moich przyjaciółek, koleżanek, których bezpośrednio dotyka ten problem, nie odpowiedziałyby na głos na to pytanie, zwyczajnie ze strachu. Było to dla mnie absolutnie zrozumiałe. Ja jednak nie bałam się konsekwencji, nie dotyczyło mnie to bezpośrednio. Ani moja kadra kursowa, ani inne osoby na kursie nie mogły pomyśleć, że mówię tak, bo mnie to dotyczy, bo wiedziały, że tak nie jest – będąc w kilkuletnim związku z mężczyzną, czułam się jakbym miała immunitet. Dlatego postanowiłam zabrać głos za tych, którzy sami nie mogą tego zrobić.
Dyskusja niestety na tym się nie zakończyła.
Usłyszałyśmy, że za szybko odpowiedziałyśmy na pytanie, że mamy dać innym przestrzeń do wypowiedzi, do namysłu nad tym tematem i że odezwały się osoby najgłośniejsze
i zabieramy miejsce tym, którzy może się z nami nie zgadzają.
- Zadałyście pytanie, a my odpowiedziałyśmy zgodnie z tym, co uważamy. Nie mamy potrzeby dyskutowania na ten temat, bo tu nie ma według nas o czym dyskutować - odpowiedziałyśmy.
„Osoby homoseksualne powinny wybrać drogę samotności i nieść swój krzyż”.
„Rozmawiamy tylko o osobach homoseksualnych. Organizacja nie jest gotowa na rozmowy o innych orientacjach”.
„Nie powiem Wam jakie jest moje prywatne zdanie, ale to jest zdanie organizacji”.
Tego wieczoru padło wiele zdań, które zapamiętałyśmy na długo, a to było kilka z nich.
W tym momencie przelała się moja czara goryczy. Zrozumiałam, że nie chcę dłużej być w organizacji, która nie rozumie, że takie tematy nie podlegają dyskusji. Organizacji, która nie dopuszcza do siebie innej racji, niż jej własna, w której mówią nam, że możemy zmienić organizację, że to my ją tworzymy, a jednocześnie zatykają uszy, jak próbujemy z nimi rozmawiać. Po dopełnieniu wszystkich moich obowiązków złożyłam wniosek o skreślenie z listy instruktorek. Nigdy nie zamknęłam stopnia podharcmistrzyni, chociaż o tym marzyłam i wiedziałam, że było to na wyciągnięcie mojej ręki, bo spełniałam wszystkie wymagania.
Nie chciałam jednak dołożyć mojej cegiełki do organizacji, z którą wiedziałam, że się nie zgadzam.
Opowiadam moją historię żeby pokazać, że nie jestem na to obojętna. Chcę doprowadzić do końca to, co kiedyś zaczęłam – chciałam bezpiecznej i dobrej przestrzeni dla moich harcerek. Nawet nie będąc już instruktorką - dalej bardzo mocno tego pragnę.
Nie chcę, by którakolwiek z nich musiała przeżywać to, co bliskie mi osoby - bo za każdym razem moje serce pękało, a ręce pozostawały bezsilne.
Chciałabym pewnego dnia, zaprowadzić moje własne dzieci na ich pierwszą zbiórkę harcerską. Chciałabym, żeby doświadczyli wszystkich wspaniałości, których ja doświadczyłam – żeby poznali przyjaciół na całe życie, przeżyli wspaniałe przygody i nauczyli się wielu wspaniałych rzeczy. Nie chcę się bać, że ktoś kiedykolwiek wykluczyłby ich z organizacji, w której spędzili połowę swojego życia, przez to kogo kochają.
Nel