Możliwe, że moja historia jest odchyłem od normy
-1.png&w=3840&q=75)
Należałam do drużyny harcerskiej przez blisko 5 lat, zaczynając w gimnazjum. Zostałam harcerką, bo kocham Polskę i służba dla niej nadal jest dla mnie ważna, chociaż jej forma ewoluowała z czasem. Kiedy pierwszy raz założyłam mundur, moja drużyna składała się z dwóch zastępów i działała w salce parafialnej przy lokalnym kościele w małym mieście...
Możliwe, że moja historia jest odchyłem od normy. Należałam do drużyny harcerskiej przez blisko 5 lat, zaczynając w gimnazjum. Zostałam harcerką, bo kocham Polskę i służba dla niej nadal jest dla mnie ważna, chociaż jej forma ewoluowała z czasem. Kiedy pierwszy raz założyłam mundur, moja drużyna składała się z dwóch zastępów i działała w salce parafialnej przy lokalnym kościele w małym mieście. Perspektywa poszerzania horyzontów, uczenia się nowych rzeczy i wspólnoty była czymś, co sprawiało, że na moim ramieniu pojawiały się coraz to nowe sprawności. Żyłam ideałami, które przekazywało harcerstwo, czytałam B-P i Małkowskiego. Dzięki temu, że byliśmy małą drużyną, wszyscy dobrze się znaliśmy i spędzaliśmy wspólnie czas nie tylko na cosobotnich zbiórkach. Z czasem drużyna zaczęła się rozrastać, a ja dostałam misję stworzenia własnego zastępu. Tak zwany punkt załamania. Wejście w szeregi zastępowych i rozmowy off-the-record z osobami, które wcześniej traktowałam jako wzory sprawiły, że zaczęłam zadawać sobie pytanie: czy nie powinniśmy wymagać od siebie tego, czego wymagamy od naszych harcerzy?
Zaczęło się od żartów. Ten mechanizm oswajania pogardy jest stary jak świat, ale kilkunastoletnia ja nie miała o nim jeszcze pojęcia. I chociaż bez wahania stawałam murem za obiektami kpin, to jednocześnie rzucałam grochem o ścianę, bo uprzedzenia były istotnym elementem kultury tego środowiska. Nie byłam aktywistką stojącą w pierwszym szeregu parady, ale starałam się przekazywać swojemu zastępowi wartości, które sama uważałam za słuszne i które - w moim przekonaniu - nie stały w sprzeczności z duchem ZHR. Bardzo szybko zostałam wyprowadzona z błędu.
Kiedy po raz pierwszy organizowano akcję "Popieram związki", uznałam że to bardzo fajna inicjatywa i rozważałam wycieczkę na Plac Zamkowy w Warszawie, żeby zrobić sobie zdjęcie z tabliczką i okazać swoje wsparcie. Zaznaczyłam, że jestem zainteresowania wydarzeniem na Facebooku i odłożyłam telefon. Na następnym spotkaniu zastępu zastępowych, oprócz przegadania planu zbiórki, czekała mnie rozmowa dyscyplinująca. Jedna z mam moich harcerzy zobaczyła, że zadeklarowałam zainteresowanie takim wydarzeniem i skontaktowała się z drużynowym, wyrażając swoje oburzenie. Drużynowy, z równie wielkim oburzeniem wytłumaczył mi, że to nie jest Warszawa i tutaj nie ma miejsca na takie sytuacje, bo stoją one w sprzeczności z nauczaniem katolickim i w ZHR nie ma miejsca na "pedalstwo".
To słowo przebijało się wielokrotnie podczas mojej przygody, więc zarysujmy kontekst. Jestem transpłciową kobietą, lesbijką - kiedy wyszłam z szafy, już długo nie byłam w żadnej drużynie harcerskiej. W procesie uświadamiania sobie swojej tożsamości płciowej z pewnością pomogło mi wspierające środowisko, do którego trafiłam po rozpoczęciu nauki w szkole średniej w Warszawie. Przed wyborem tej ścieżki przestrzegali mnie przyboczni i drużynowy, prezentując mi przykłady osób, których duże miasto zmieniło i właśnie - "spedaliło". Nie trzeba chyba wspominać, że wspierające środowisko może co najwyżej pomóc osobie stanąć w prawdzie, ale nie ma magicznej mocy zmieniania orientacji czy tożsamości płciowej. Po czasie wiem, że straszenie "lewacką Warszawą" miało wzbudzić we mnie poczucie zgorszenia, a ostatecznie skłonić do pozostania w rodzinnym mieście.
Właściwie, to magiczną moc homoseksualizmu mają w sobie zaszyte nie tylko wydarzenia w mediach społecznościowych czy miasta, ale też skarpetki. Okazuje się, że założenie dwóch różnych skarpetek (a w tamtym okresie wybierałam taki właśnie styl, don't judge me), również jest oznaką "pedalstwa" i nie powinnam tego robić, bo nikt normalny się tak nie ubiera. Nie wspominam wszystkich tych przykładów dlatego, żeby wprowadzić osobę czytającą w dyskomfort, ale żeby zarysować pewien schemat – harcerstwa maczystowskiego. Tego, któremu bliżej jest do organizacji paramilitarnej niż do ruchu skautowego. I jednocześnie tak wokalnego, że jego krzewiciel zostaje hufcowym, bo zwyczajnie nie ma wobec niego odpowiednio silnej opozycji.
Gdybym miała dać radę sobie sprzed kilku lat, powiedziałabym – zacznij czytać więcej książek. Znajdź wewnętrzny spokój i pogódź się ze sobą. Jeśli zostaniesz harcerką, to kwestionuj, zadawaj pytania i weryfikuj odpowiedzi. A jeśli nie, to wolny czas i energię poświęć na siebie i swoich bliskich. Tak pomożesz Polsce bardziej niż jakąkolwiek bogoojczyźnianą szabelką.
P.S. Jedyną osobą z zastępu zastępowych, z którą nadal utrzymuje kontakt (to jest: która nie wyrzuciła mnie ze znajomych na Facebooku), jest osoba, która nawet nie była formalnie częścią drużyny – dziewczyna przybocznego. Harcerka.
autor_ka anonimowy_a