Logotyp poziom czarny

Nie chciałabym, żeby drużynę mojej córki prowadziła lesbijka, co to za przykład własny?

julka tło

Przez lata działałam w organizacji, która była dla mnie miejscem rozwoju oraz bliskich mi wartości - siostrzeństwa i bezinteresownego działania na rzecz innych ludzi. Byłam zaangażowana, oddana, starałam się — mimo, że coraz częściej czułam, że nie do końca do niej pasuję...

Przez lata działałam w organizacji, która była dla mnie miejscem rozwoju oraz bliskich mi wartości - siostrzeństwa i bezinteresownego działania na rzecz innych ludzi. Byłam zaangażowana, oddana, starałam się — mimo, że coraz częściej czułam, że nie do końca do niej pasuję. Nie dlatego, że robiłam coś źle, ale dlatego, że nie zgadzałam się z tym, co się dookoła działo.

Wiele moich przyjaciółek bało się powiedzieć prawdę o sobie. Ich coming outy odbywały się w atmosferze wstydu, tajemnicy i strachu przed odrzuceniem. Widziałam, jak były nakłaniane do rezygnowania, do odchodzenia z organizacji, mimo że same tego nie chciały. Według dużej części naszego środowiska ich orientacja miałaby sprawiać, że są niewystarczająco dobre, że nie mogą być wzorami do naśladowania.

Starałam się je wspierać jak tylko umiałam.

Choć jestem hetero, sama przez lata ukrywałam, że nie jestem wierząca — nie dlatego, że się wstydziłam, ale dlatego, że mi zależało. Zależało mi na dziewczynach z mojej drużyny, na środowisku, na tym, co dobre w harcerstwie. Widziałam jego wartość i chciałam działać dalej, nawet jeśli musiałam dopasować się do schematów, które były mi obce. Dzięki temu potrafiłam zrozumieć tę niemoc, z jaką mierzyły się dziewczyny niehetero gdy słyszały: „Jak ci się nie podoba, to odejdź”. Właśnie dlatego było tak trudno — bo im zależało, bo chciały być częścią czegoś, w co latami wkładały serce. Bo nie ma tylko jednego sposobu na wcielanie wartości w życie, chociaż wielu osobom chyba się tak wydaje.

Podczas kursów metodycznych, instruktorskich, słyszałam rzeczy, które do dziś mam w głowie:

„Nie chciałabym, żeby drużynę mojej córki prowadziła lesbijka, co to za przykład własny?” - W tym zdaniu przebrzmiewa tak skrajny brak szacunku do człowieka, do jego wartości. Koleżanka, która wypowiedziała te słowa stwierdziła w tym jednym zdaniu, że wszystkie cechy, zasługi i osobowość tej osoby nie mają znaczenia, że wzorem do naśladowania nie może być ktoś z taką „zmazą”. Zastanawiam się, czy ona w ogóle widzi resztę człowieka pod tym dywanem własnych uprzedzeń i wyobrażeń. Co po takich słowach można powiedzieć? Gdzie jest pole do dalszego dialogu?

„Można kochać, ale nie można być razem, bo to grzech” - Co to w ogóle znaczy? Miłość to działanie. Jak można oczekiwać, że ktoś z niej zrezygnuje? Że zostanie sam, bo komuś łatwiej i wygodniej jest nie przyznać się do uprzedzeń i konformizmu niż zauważyć i zaakceptować to, że wszyscy ludzie chcą kochać i być kochanymi?

„Każdy niesie swój krzyż” - Dla mnie to jest typowy przykład najbardziej zagorzałej i bezrefleksyjnej obrony przestarzałego systemu i nie brania odpowiedzialności za to, że samemu się komuś ten „krzyż” wkłada na plecy.

„Za bardzo skupiamy się w życiu na przyjemnościach” - Nie widziałam nic przyjemnego w tym, jak bliskie mi osoby czuły się słuchając takich wypowiedzi, nic przyjemnego w byciu uważanym za „innego”, „nie naszego”, „obcego”.

„Harcerka jest czysta w myśli - nie jesteś czysta, skoro myślisz o dziewczynach” - Moralizowanie i osądzanie postawy innych, bez najmniejszej próby zrozumienia ich doświadczeń i sposobu patrzenia na świat, bez cienia empatii.

A na końcu: „Chciałabym, żeby ZHR był dla wszystkich…” tylko, że zawsze w końcu pojawiało się jakieś „ale” i kończyło się na tych deklarowanych chęciach. Bez względu na to, jak wysoko ktoś nie był w hierarchii i jaką moc mógłby mieć głos takiej osoby, gdyby go w końcu zabrała na forum.

Czułam bezsilność, bo chciałam pomóc bliskim mi osobom, ale nie wiedziałam jak. Czułam złość — na obojętność ludzi i umożliwiające to struktury, na tak wąskie definicje tego, kto jest dobrym, wartościowym człowiekiem, a kto nie. I dziś, po odejściu, dopiero widzę, jak mocno to we mnie siedziało. Jestem w terapii, próbuję odzyskać siebie. Bo ta narracja, te wymagania — one niszczyły.

Może i dalej bym działała w organizacji. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że przestaje się być potrzebnym, kiedy zaczyna się wyrażać swoje zdanie, kiedy przestaje się dawać przyzwolenie na mistyfikację, że wszyscy myślimy tak samo i zgadzamy się na taki stan rzeczy. A cała ta praca, lata zaangażowania — nie znaczą nic. Ostracyzm zastępuje wdzięczność.

Czarno-białe widzenie świata uniemożliwia zrozumienie jego złożoności i perspektywy drugiego człowieka. Nie chcę się na to godzić.

autor_ka anonimowy_a