Nie będę czekać z miłością
Ciężko mi przypomnieć sobie pierwszy moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Właściwie to bardzo długo, szczerze wierzyłam, że wszyscy wokół myślą tak samo jak ja. Temat osób LGBTQ+ w ZHR nie zastanawiał mnie nigdy gdy byłam małą harcerką, zastępową czy przyboczną...
Kwestia wyboru
Ciężko mi przypomnieć sobie pierwszy moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Właściwie to bardzo długo, szczerze wierzyłam, że wszyscy wokół myślą tak samo jak ja. Temat osób LGBTQ+ w ZHR nie zastanawiał mnie nigdy gdy byłam małą harcerką, zastępową czy przyboczną. Pojawił się dopiero na kursie przewodniczek. Odnalazłam niedawno folder zatytułowany ,,LGBT” z materiałami z zajęć z tego kursu. W folderze znajdują się m.in: Statut ZHR, Katechizm Kościoła Katolickiego oraz poradnik ,,Tęcza pod lupą” opracowany przez Kampanię Przeciw Homofobii. Wniosek z tamtych zajęć: osoby LGBTQ+ mogą należeć do ZHRu. Mogą nawet być instruktorkami i instruktorami. Jeden mały haczyk: o ile zachowują czystość. Co to w praktyce właściwie miało znaczyć na tym kursie nie omówiłyśmy. Na tamten moment wydawało mi się to niezwykle postępowe jak na ZHR. Wydawało mi się, że zasady dla osób nieheteronormatywnych w ZHR są sprawiedliwe. Takie same jak dla wszystkich. Moja opiekunka na stopień powiedziała mi kiedyś, że to kwestia wyboru. Że osoby w hetero związkach, które nie chcą brać ślubu też muszą wybierać. Tylko że to nie jest ten sam wybór. Osoby w związkach heteroseksualnych mogą wybrać czy chcą wziąć ślub czy nie, mogą w związku z tym też wybrać czy chcą ,,zachować czystość” i nie mieszkać razem do ślubu. Osoby w związkach homoseksualnych nie mogą wybrać ślubu. Jaki wybór więc im pozostaje? Zakochać się lub odejść? Nie wiem jaka logika mną wtedy kierowała, ale na prawdę myślałam, że przedstawienie sytuacji osób nieheteroseksualnych jako kwestii wyboru ma sens i że ogólnie rzecz biorąc jest lepiej niż wcześniej sądziłam. Dopóki te ,,sprawiedliwe’’ zasady nie miały zacząć dotyczyć mnie samej.
Skąd mam wiedzieć, że się zakochałam?
Tak samo jak długo trwał u mnie proces zrozumienia, że naprawdę nie można mieć w ZHRze dziewczyny, tak samo długo zajęło, zanim sama przed sobą przyznałam, że zakochałam się w dziewczynie. I oczywiście była to harcerka. Chyba tak naprawdę dotarło to do mnie dopiero w momencie, gdy powiedziała mi że jesteśmy tylko koleżankami. Wtedy bardzo wyraźnie poczułam, że ja chciałabym być jednak więcej niż koleżankami. Bo byłam gotowa wykorzystać każdą okazję żeby się z nią zobaczyć. Bo nie bez powodu ustawiłam tęczową maryjkę na tapetę mojego telefonu, zaczęłam czytać klasyki feministycznej literatury i podwijać nogawki w spodniach. Bo za każdym razem gdy wracałam do domu po spotkaniu z nią, moja mama pytała mnie z czego się tak cieszę. Bo zapamiętywałam każdy szczegół, jaki mi o sobie powiedziała. Bo potrafiła sprawić, że czułam się najważniejsza na świecie i chciałam jej powiedzieć wszystko. Zapytałam jej kiedyś skąd mam wiedzieć, że jestem zakochana. Opisałam jej wszystko co czułam, choć nie wiedziała wtedy jeszcze, że wszystko to było o niej. Zgodnie stwierdziłyśmy, że jednak ,,wiem o co chodzi” w tym całym zakochaniu. Zdarzało się w tamtym czasie często, że widywałyśmy się w harcerskim gronie, na harcerskich akcjach. Zdarzało się jej mnie zaczepiać, żartować, dotykać. Gdy dzisiaj o tym myślę, nie mieści mi się w głowie, że nikt nic z tego nie zauważył. A ja chciałam, żeby widzieli. Jak łapiemy się wzrokiem, jak siadam jej na kolanach, jak idziemy pod rękę i jak stoimy obok siebie w kręgu. Może nikt nie widział bo w tych kręgach nikt w ogóle nie zakłada takiej możliwości, żeby takie interakcje były inne niż koleżeńskie. Może nikt nie widział bo tylko w mojej głowie wszystko to było tak wyraźne. A może nikt nie chciał widzieć?
Tęczowe skarpetki
Tęczowe skarpetki nosiłam jeszcze na długo, zanim pierwszy raz zakochałam się w dziewczynie. Wtedy uważałam się po prostu za wzorową sojuszniczkę społeczności LGBTQ+. Jednak z czasem wszystkie tęczowe elementy mojej garderoby nabrały nowego znaczenia. Były pewne rzeczy które mogły posłużyć jako wskazówki - kolczyk w nosie, vansy, hawajska koszula, tęczowa naklejka. Choć w większości przypadków można było to po prostu wyczuć z rozmowy. Bo ktoś zrobił jakieś nawiązanie do popkultury, skomentował jakieś wydarzenie w polityce lub zaśmiał się z tego samego żartu co ty. I tak odnajdywałyśmy siebie nawzajem, tworząc sieć, o której nawet nie całkiem wiedziałyśmy, że istnieje. Sieć osób z którymi wymienisz spojrzenia podczas kominka na temat osób LGBT w ZHR. Z którymi będziesz przewracać oczami gdy ksiądz wygłosi homofobiczne kazanie. Z którymi wstrzymasz oddech, gdy w rozmowie pojawi się temat ,,tych” instruktorek które zamieszkały razem i wyleciały. Sieć dzięki której każda z nas czuła że jest więcej ,,takich jak ja”.
Być jak starsza siostra
Moja starsza siostra, w harcerstwie moja przełożona, przez długi czas próbowała zeswatać mnie z jakimś harcerzem. Po tym jak powiedziałam jej, że chyba podobają mi się też dziewczyny, nigdy nie próbowała zeswatać mnie z żadną harcerką. Pamiętam, że długo nie mogłam się zebrać, żeby jej powiedzieć. Pierwsza dziewczyna w której się zakochałam była jej przyjaciółką, więc oczywiście nigdy jej tego nie powiedziałam. Musiałam więc poczekać, aż pojawią się kolejne. Bo wydawało mi się, że potrzebuję namacalnego dowodu mojej orientacji. Pamiętam, że bardzo chciałam żeby wiedziała, bo rozmawiałyśmy ze sobą o wszystkim, ale głównie o miłości. Pamiętam, że leżałyśmy wtedy na hamakach. Pamiętam, że na chwilę zapadła cisza, podczas której zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam. Pamiętam, że nie poczułam ulgi, na którą czekałam. To nie tak, że nigdy nie mówiłam jej o dziewczynach, które mi się podobają. Nigdy jednak nie rozmawiałyśmy tak, jak wcześniej o chłopakach. Ona nie pytała więc ja nie opowiadałam. Chyba żadna z nas nie czuła się już swobodnie, w rozmowach na ten temat. Kiedyś ktoś zapytał mnie przy niej czy serio umawiam się na randki z tymi chłopakami z Tindera. Poprawiła wtedy tę osobę mówiąc że może umawiam się też na randki z dziewczynami. To dużo dla mnie znaczyło. Nie zapytałam jej, ani wtedy ani później, dlaczego, chociaż wiedziała, nie powiedziała mi nigdy, że lepiej dla mnie będzie odejść.
Sprawy nie proste
Zawsze mówiłam wprost co myślę na temat osób LGBTQ+, w ZHR czy poza nim. Mówiła o tym każdemu prosto w twarz tęczowa naklejka na moim laptopie z napisem ,,Jestem przeciwko homofobii”. Mówiła o tym moja kokosowa miska z tęczową flagą oraz obserwowane przeze mnie konta na instagramie. Ale mówiłam o tym też słowami. W moim sprawozdaniu na koniec próby przewodniczki, w akapicie ,,sprawy nie proste” napisałam, że to w jaki sposób kościół traktuje osoby homoseksualne jest niezgodne z moimi przekonaniami i wartościami. Ponad dwa lata później, w sprawozdaniu na koniec próby podharcmistrzyni napisałam, że ,,braterstwo/siostrzeństwo rozumiem jako gotowość w stawaniu w obronie osób dyskryminowanych, i wykluczanych np. osób nieheteronormatywnych”. Na żadnej z komisji nikt nawet nie poruszył tego tematu. Ciekawe, że kilka miesięcy później usłyszałam, że od tego właśnie jest komisja. Od ,,wyłapywania” osób, którym z wartościami ZHR jest nie po drodze. Osób homoseksualnych, które swojej miłości nie widzą jako grzech. Dla ich własnego dobra. Wiele razy słyszałam, że najlepiej by było, gdyby wszystkie te osoby same doszły do wniosku, że nie jest to miejsce dla nich i zdecydowały się odejść, żeby potem nie dochodziło do sytuacji w których będą do tego zmuszone. Tylko dlatego te osoby miałyby uważać, że to miejsce, które współtworzą, które je ukształtowało, miałoby nagle przestać być miejscem dla nich? Dlaczego wszystkie wartości wpajane od dzieciństwa i przekazywane dalej harcerskim wychowankom, miałyby zostać przekreślone przez to w kim się zakochamy? Mnie nikt nigdy nawet nie zasugerował, że powinnam odejść. Wydaje mi się że podałam im się jak na tacy, jednak nikt nie powiedział mi wtedy, że może jednak nie powinnam być instruktorką. Dla własnego dobra.
Wniosek o skreślenie
Można się było spodziewać, że to w końcu nadejdzie, jednak chyba żadna z nas się tego nie spodziewała. Sama dobrze nie pamiętam co było początkiem końca. Każda z nas wiedziała o dziewczynie która pojawia się i znika, która miesza w głowie i w której, mimo wszystko, nie potrafi się odkochać jedna z nas. Kiedy tego lata pojawiła się ponownie i pojawiło się ,,zagrożenie”, że tym razem, może już nie zniknąć, wiele się zmieniło. Był czas, że spędzałyśmy we trójkę każdy weekend. Każda z nas miała nawet swój pokój. Towarzyszyłyśmy sobie codziennie, w swoich mniejszych i większych problemach w pracy, w szkole, na studiach, no i w harcerstwie. Ale to one we dwie, stały się prawdziwymi przyjaciółkami, a ja, w tej relacji, pozostawałam jednak zawsze trochę młodszą siostrą. Tamtego lata z przyjaciółki, siostry, opiekunki stopnia i powierniczki sekretów stała się nagle przełożoną stojącą na straży wartości i zasad organizacji. Jak nam później powiedziała również własnych. Jednego dnia siedziałyśmy razem na kanapie oglądając Pitch Perfect i wymieniając jakie wymagania powinna spełnić jej ,,idealna dziewczyna”, a następnego obserwowałam jak wymieniają się mailem z wnioskiem o skreślenie z listy instruktorek i sms-em, w służbowym tonie, z podziękowaniami za lata pełnionej służby. Tamtego lata byłyśmy razem z siostrą na obozie wędrownym - ona jako komendantka, ja jako drużynowa. Pamiętam jak jednego wieczora śpiewałyśmy wspólnie sto lat do telefonu. Następnego, siedząc w wysokiej trawie z dala od rozbitych namiotów, dowiadywałam się o decyzji, o skreśleniu, o końcu ich przyjaźni. Czułam że stoję między nimi dwoma i bardzo nie chciałam wybierać, na której z nich bardziej mi zależy. Gdy wracałam do swojego namiotu spotkałam moją siostrę. Widziała, że jestem zdenerwowana, a ja widziałam, że płakała. Zapytała czy może mnie przytulić. Odmówiłam. Coś się wtedy zmieniło między nami i już nigdy nie wróciło do tego jak było dawniej.
Harcerka jest czysta - zawsze myje ręce
Na początku myślałam że się nie lubimy, a właściwie to że ona mnie nie lubi. Kilka miesięcy później próbowałam ją zaprosić na bal instruktorski, ale nie podpisałam się na liściku. W lipcu leżałyśmy we dwie w jednym hamaku, czując bliskość, która wkrótce miała zamienić się przyjaźń. Jesienią, gdy powiedziała nam, że ma dziewczynę, byłyśmy w szoku. Ona chyba też była. Jak to bywa w przyjaźni widząc jak ogromne jest jej szczęście, cieszyłyśmy się nim jeszcze bardziej. Nikt wtedy nie powiedział, że to tajemnica, ale każda z nas wiedziała, że nie będziemy nikomu o tym mówić. Chciałyśmy razem przejmować chorągiew. Tworzyłyśmy zgrany zespół, byłyśmy pełne motywacji, każda z nas była reprezentantką innej metodyki, razem znałyśmy chyba każdą instruktorkę w naszej chorągwi. Z czasem chyba wszystkie pogodziłyśmy się z myślą, że w obecnej sytuacji nie będzie to już możliwe. Nasze obawy rosły proporcjonalnie wraz z liczbą osób które wiedziały o ich związku oraz wraz ze zbliżającym się końcem kadencji. Tylko że nie wiedziałyśmy czego tak właściwie możemy się obawiać. Nie było i nie ma, żadnych procedur ani zasad, odnośnie bycia lesbijką w ZHR. I choć wielu próbowało, nikt nigdy, nie ustalił, gdzie leży granica czystości. Zresztą komu w ogóle to oceniać, co jest czyste a co nie. Jak się później okazało przyszło to oceniać mojej siostrze. W rozkazie z początku września wykluczyła z ZHR instruktorkę ,,z uwagi na wystąpienie przeszkody do wiarygodnego sprawowania funkcji wychowawczej”. I nie ważne czy podjęta w imię woli większości, czy w imię zasad ZHR, czy w imię Boga, to była jej decyzja. A przeszkodą była miłość.
,,Ja uważam, że to grzech”
To ja zaproponowałam tę rozmowę. Nie musiałyśmy wymienić ze sobą wcześniej ani jednej wiadomości, żebyśmy obie wiedziały, że jej decyzja, zmieni w naszej relacji wszystko. Decyzja mojej starszej siostry, o wykluczeniu z organizacji instruktorki, ponieważ jest w związku z dziewczyną. A ponieważ wiedziała, że ja również jestem niehetero. Wiedziała że to moja przyjaciółka. I wiedziała, że ja sama również mogłabym stanąć na jej miejscu. Musiała też wiedzieć, że jej decyzja odbije się na naszej relacji. Głównie milczałyśmy i płakałyśmy. Nie podobało jej się to, że inni pytali jej co by zrobiła gdybym ja była na tym miejscu. Gdybym to ja miała dziewczynę, a ona musiałaby podjąć decyzję odnośnie przynależności do organizacji. Ale ja właśnie to chciałam wiedzieć. Powiedziała mi, że wówczas ona by odeszła. Że nasza relacja jest dla niej ważniejsza. Zapytałam co według niej powinno się teraz wydarzyć. Odpowiedziała, że najlepiej by było, gdyby wszystkie osoby, które nie zgadzają się z tą decyzją, zdecydowały się teraz odejść. Że to by było z ich strony dojrzałe. Że organizacja się nie zmieni. Zapytałam co ona myśli jako ona, jako moja siostra, a nie komendantka chorągwi. Wcześniej nie chciałam w to wierzyć, więc musiałam się przekonać na własne uszy. Odpowiedziała, że uważa że to grzech. Nie miałam już więcej pytań. To co czuję do dzisiaj to zawód. Nie potrafię zrozumieć jak mogła być z nami w tym wszystkim przez tak długi czas i nadal uważać, że to coś złego. Jak wsłuchiwała i wspierała nas we wszystkich miłosnych dramatach i nigdy nawet nie zająknęła się, nie powiedziała niczego co sugerowałoby, że myśli to co myśli. Że była tak blisko i nadal nie uważała naszej miłości za normalnej. Podczas tego ostatniego spotkania czułam, że to pożegnanie. Rozstałyśmy się w smutku, ale nie był to nasz wspólny smutek.
Druhna druhnie, druhnie druh
W swoim środowisku, nigdy nie zrobiłam właściwego coming outu. Przez cały czas zakładałam, że wszyscy po prostu o tym wiedzą, więc po co mam im mówić. Wyobrażam sobie, że z drugiej strony mogło to wyglądać podobnie: niby wiadomo, więc po co pytać? bo jak zapytamy i się okaże że tak, to jeszcze będzie jakiś problem. Dopóki nie ma dziewczyny, to nie ma problemu. Co z tego, że cały czas prowadziłam intensywne poszukiwania dziewczyny. A może tak naprawdę rzeczywiście większość z nich nie wiedziała, a ja po prostu bałam się im powiedzieć i tak to sobie tłumaczyłam? Kiedy zapadła decyzja o wykluczeniu, wiedziałam, że nie chcę dłużej tkwić w takich niedomówieniach. Chciałam pokazać wszystkim moim koleżankom, że to co się stało, może zaraz równie dobrze spotkać mnie i wierzyłam, że dzięki temu obudzi się w nich sprzeciw. Zebrałam się więc na odwagę i przez łzy opowiedziałam o swoim smutku, gniewie, rozczarowaniu i strachu. Jednak w tym temacie, tak to jest, że kiedy już coś powiesz, czujesz jak milczenie innych cię ucisza. Nikt się nie odezwał. Na moje łzy, na to że nie wiem co zrobić z drużyną, że nie mam już siły i chciałabym odejść, że uważam że to co się stało jest okrutne, na to wszystko odpowiedziały mi milczeniem. A ja w tamtej chwili poczułam, że wspólnota której tak ważną częścią się czułam, właśnie zniknęła. Gdy rozmowa się skończyła, część z instruktorek podeszło do mnie, by przekazać mi, że jest im przykro, że mi współczują, że one osobiscie nie mają nic przeciwko ale… To kolejny zawód który do dziś przeżywam: nie mieć nic przeciwko osobom LGBTQ+, ale być w organizacji, która wyklucza tylko i wyłącznie z powodu bycia w związku z osobą tej samej płci, nie zgadzać się z tą decyzją, ale nie podejmować żadnych działań w kierunku zmiany, siedzieć cicho, żeby przypadkiem nie zagrozić sobie samej i patrzeć jak przyjaciółki po kolei odchodzą. Od tamtego dnia, nie potrafię zaśpiewać ,,Bratniego słowa” bez powstrzymywania łez.
Piosenka o miłości
Oddałam harcerstwu swoją młodość. Oddałam wychodzenie na piwo ze znajomymi ze studiów, malowanie paznokci, zapalenie pierwszego papierosa, pierwszy raz i moją pierwszą wielką pasję. Oddałam jeden miesiąc, każdego roku od pierwszej klasy gimnazjum do trzeciego roku studiów. A teraz, czuję, że choć nigdy nawet nie całowałam się z dziewczyną, nie pozostaje mi nic innego niż odejść. Bo wiem, że nie ma już dla mnie dalszej ścieżki. Bo już wiem, że gdy powiem na wyborach, że chciałabym żeby moja miłość nie stała na przeszkodzie mojego bycia w organizacji, nie otrzymam wystarczającej liczby głosów. Bo wiem, że nikt nie zaproponuje mi organizacji żadnego kursu w te wakacje. Bo wiem, że po oddaniu drużyny, nie mam co liczyć na żadną nową funkcję w chorągwi. Na obozie rok temu napisałam piosenkę. Piosenkę o miłości, bo o czym innym można napisać piosenkę. Ostatnio usłyszałam, że piosenka tak bardzo spodobała się moim harcerkom, że postanowiły umieścić ją w nowym śpiewniku drużyny. Zajrzałam do śpiewnika. Przyboczne usunęły ostatnią zwrotkę, w której śpiewałam, że ,,znów zakocham się w kolejnej dziewczynie”. Nie mam im tego za złe. Wiem, że się boją. Tak samo jak boją się, czy będą mogły pojechać na obóz, jeśli nagram film o doświadczeniach osób LBGTQ+ w ZHR. Tak samo jak boją się rozmawiać na ten temat z harcerkami w drużyni. Choć wcale nie myślą, że jest w tym coś złego. Po prostu wiedzą, że za coś takiego można wylecieć. Widziały to na własne oczy. Zakochanie się wymaga odwagi. A zakochanie się w osobie tej samej płci, gdy jest się w ZHRze wymaga chyba dwa razy tyle odwagi. Może właśnie dlatego, nadal nie znalazłam miłości, choć tak bardzo jej szukam. I dlatego, teraz, gdy wywiązałam się już ze wszystkich swoich obowiązków, decyduje się odejść. Bo nie będę czekać z miłością, na to aż ZHR się zmieni. Nie będę czekać z miłością, ponieważ jestem drużynową, instruktorką i harcerką. Bo miłość jest dla mnie najważniejsza. I właśnie dlatego, żegnając się z moimi harcerkami, podczas ostatniego wspólnego apelu, życzyłam im właśnie odwagi. Odwagi by być jak najbliżej ludzi i by kochać. I tego życzę również Wam.
autor_ka anonimowy_a