Historia pewnej miłości bezwarunkowej

Tęsknię za byciem częścią wspólnoty, która mnie wychowała. I za tym dziecięcym przekonaniem, że jeśli będziemy wystarczająco dobre, jeśli będziemy służyć całym sercem, to zawsze będzie dla nas miejsce przy ognisku...
Miłość bezwarunkowa
Do ZHRu dołączyłam chwilę przed dwunastymi urodzinami. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak wielką częścią mojego życia stanie się harcerstwo. To miała być jedna zbiórka, sobota bez planu, cztery godziny zabawy i tyle. Co się stało, że zostałam dłużej? Nawet już nie pamiętam, ale od tamtej pory już każda sobota była zajęta. Poznałam przyjaciół, nauczyłam się odpowiedzialności za czyny i słowa, nabrałam nieco pewności siebie, stałam się częścią prawdziwej wspólnoty. Zostałam nierozerwalną częścią drużyny, która na kilka kolejnych lat stała się moim domem, moją ucieczką od problemów i źródłem (a może raczej rzeką) satysfakcji, ambicji i rozwoju. Prawdę mówiąc nigdy nie nauczyłam się rozpalać mokrego stosu ogniskowego ani skutecznie używać krzesiwa. Nauczyłam się czegoś cenniejszego: jak patrzeć w ogień i znajdować w nim pytania, odpowiedzi i ciszę, która pozwalała wzbudzać refleksję — nie tylko we mnie, ale i w tych, którzy siedzieli obok.
Już na swoim pierwszym obozie planowałam z innymi „pierwszorocznymi” przyszłość drużyny i nasze role w niej. I wiecie co? Wszystko się urzeczywistniło. Drużynową zostałam w wieku dziewiętnastu lat. Byłam w tym dobra. Może nawet zbyt dobra, bo planowaniu i organizowaniu życia drużyny poświęciłam cały swój wolny czas, a nawet więcej. Granatowy sznur nosiłam przez trzy lata. Nieco poszarzały i popruty zwisał dumnie w towarzystwie niesplamionej chusty, przyświecającej cnotą lilijki, a także srebrnego, umieszczonego na sercu, krzyża harcerskiego. Krzyża, który otrzymałam w wieku 14 lat po złożeniu przyrzeczenia. „Być posłuszną Prawu Harcerskiemu”. Gdybym tylko w tym wieku wiedziała, że przysięgam „czystość”, którą ktoś zdefiniował za mnie. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się to całkowicie absurdalne. Byłam nastolatką, dopiero co nauczyłam się dobierać podpaski do kolejnych dni cyklu, a właśnie przysięgam coś, czego wcale nie rozumiem. Potem dorosłam, zrozumiałam, ale miłość do drużyny i całej wspólnoty okazała się silniejsza niż moje prawdziwe ja. Czy ktoś coś podejrzewał? Oczywiście że tak, ale nikomu się nie przyznałam. Byłam o to zapytana nie raz i wcale nie przez zwierzchniczki. Pytały przyjaciółki, dziewczyny wspierające środowisko LGBTQ+ i lesbijki w mundurach. Nie wygadałam się. Lęk był zbyt silny. Na dwa lata przed odejściem prawdę o mnie poznała garstka najbliższych przyjaciół. Jedynie te osoby, co do których miałam pewność, że pozostaną przy mnie niezależnie od tego kim jestem, jak kocham i kogo. Dopiero po odejściu z organizacji moja biseksualność w pełni przestała być tajemnicą.
Lęk przed odrzuceniem
W harcerstwie bardzo umiejętnie wychowuje się dzieci w przekonaniu, że są częścią czegoś większego. Bo przecież są. Mają swoje miejsce, czują się potrzebne i ważne. Daje się im poczucie, że drużyna to ich druga rodzina. To tutaj są rozumiane bez słów, są akceptowane, wspierane. Razem śmieją się i płaczą, dzielą herbatę z jednego kubka, wspólnie przenoszą ścięte żerdki, pomagają sobie umyć włosy wodą z jeziora wylewaną prosto z miski na pochyloną głowę. Dziewczynki dorastają w tej atmosferze. Przywiązują się do siebie nawzajem, do swoich drużynowych, do wygrywanych na gitarze piosenek, do sekretnych obrzędowości, które poznają jedynie ciemną nocą, w środku lasu oświetlanego rozpalającą zaspane twarze pochodnią. Uczą się kochać wspólnotę bezwarunkowo. I marzą o zostaniu tą, na ręce, której składały swoje obietnice. A potem, kilka lat później, niektórym z nich, kiedy dojrzewają, kiedy zaczynają rozumieć kim są, gdy pełnią już funkcje, ta sama wspólnota potrafi powiedzieć, że już nie ma dla nich tutaj miejsca. Nie dlatego, że zrobiły coś złego. Nie dlatego, że kogoś skrzywdziły. Ale dlatego, że ich serce wybiera inaczej. To one są krzywdzone. To jedną z tych odrzuconych tak bardzo nie chciałam zostać. Niewiarygodnym jest dla mnie jak szybko z pięknego poczucia wspólnoty można zostać wypchniętym na margines.
Odrzucenie nadziei
Nie zliczę, ile razy w naszych kręgach usłyszałam, że osoby takie jak ja są „zagubione”, że „promują niemoralność”, że „nie mogą być wzorem dla młodszych”. Gdy byłam już podharcmistrzynią padło kilka niezapomnianych fraz: „LGBT stanowi zagrożenie dla naszych podopiecznych”; „Homoseksualna drużynowa, stanowi niemoralny wzór dla swoich harcerek” i chyba najgorsze, choć zadane w formie pytania przez byłą już naczelniczkę harcerek, a wówczas kandydatkę na to stanowisko: „Czy homoseksualna drużynowa może zarazić homoseksualizmem swoje podopieczne?”. To pytanie padło naprawdę, a autorka tej wypowiedzi naprawdę została zwierzchniczką organizacji. To chyba wtedy coś we mnie pękło. Ale to oczywiście nie był koniec mojej historii - odeszłam dopiero dwa lata później, kiedy dobitnie straciłam nadzieję, że coś się tu zmieni.
Żałoba po stracie
Czy żałuję, że byłam harcerką? Oczywiście, że nie. Czy żałuję, że odeszłam? Też nie, choć tęsknota towarzyszy mi do dzisiaj. Tęsknię za ulewą, która zgromadziła całą moją drużynę w kadrówce i za słońcem, które następnego dnia z trudem próbowało osuszyć nasze przemoczone namioty. Za blaskiem ogniska i za dymem gryzącym oczy. Za ciepłym obiadem po wędrówce i za zaschniętą, zgubioną gdzieś w krzakach, menażką. Za wspólnotą, która przez lata była moim domem. Za spotkaniami w gronie przyjaciół i moich autorytetów. Tęsknię za byciem częścią wspólnoty, która mnie wychowała. I za tym dziecięcym przekonaniem, że jeśli będziemy wystarczająco dobre, jeśli będziemy służyć całym sercem, to zawsze będzie dla nas miejsce przy ognisku.
Dzisiaj
Nadal marzę o tym, by ZHR stał się bezpiecznym miejscem dla każdego. Marzę, by kolejne pokolenia harcerek i harcerzy, nie były odrzucane za coś, na co nie mają wpływu. Mam szczerą nadzieję, że kiedyś ZHR będą współtworzyć instruktorki, które nie pozwolą sobie na dawanie komuś ultimatum: wspólnota albo miłość. Kiedyś byłam przekonana, że ktoś kto kiedykolwiek poczuł, że kocha nie będzie miał odwagi, aby odbierać to uczucie drugiemu człowiekowi. Myliłam się i dlatego boję się stanąć kiedyś przed wyborem: pozwolić moim dzieciom dołączyć do organizacji, która dała mi tak wiele, czy je przed nią uchronić. Dziś już nie noszę munduru, ale w moim sercu nadal jest blask gasnącego ogniska, wokół którego zawiązuje się krąg sióstr. I życzę tej organizacji, aby ten krąg kiedyś nie musiał być przerwany przez lęk przed odmiennością.
Jagoda