Logotyp poziom czarny

Szczerze uwielbiałam być harcerką

jul

Zupełnie nie wiem jak to napisać. To trudne, ale wiem, że ważne, więc może po prostu zacznę. Mam wrażenie, że już wszyscy znają moją historię. Wiem też, że każdy ma jej własną wersję. Teraz chciałabym spróbować podzielić się moją...

Zupełnie nie wiem jak to napisać. To trudne, ale wiem, że ważne, więc może po prostu zacznę. Mam wrażenie, że już wszyscy znają moją historię. Wiem też, że każdy ma jej własną wersję. Teraz chciałabym spróbować podzielić się moją.

Harcerką byłam (gdy mówię o tym w przeszłości ściska mnie w gardle) 17 lat. Kochałam to całym sercem. Od małej zuchenki budowałam w sobie poczucie, że to jest moje miejsce na ziemi. Większości rzeczy nauczyłam się właśnie tam. Rozwijałam się. Tworzyłam bliskie relację. Pokonywałam wszelkie przeszkody. Poznawałam swoje możliwości. Odkrywałam swoje pasje. Coraz bardziej zapuszczałam korzenie. Wzrastałam i chciałam wspierać w tym innych. Zostałam instruktorką. Moje korzenie rozrosły się na dobre i stały się silniejsze. Pochłonęło mnie to w pełni. Całym życiem pełniłam służbę.

Najpierw prowadziłam drużynę harcerek. To było dla mnie ważne, ale i trudne doświadczenie. Musiałyśmy sprostać wyzwaniom pandemii oraz samobójczej śmierci naszej zastępowej. Przetrwałyśmy to jako wspólnota. Byłyśmy dla siebie nawzajem. Dla mnie był to czas kiedy postanowiłam przygłuszyć siebie, by być w pełni dla innych. Każdemu innemu poradziłaby, żeby tak nie robić, więc jest to po części hipokryzją z mojej strony. Wtedy nie potrafiłam inaczej. Tak było najłatwiej. Cały ten etap był też pełen zachwytu, rozwoju i przede wszystkim miłości. Bycie częścią każdego najmniejszego, wielkiego kroku moich harcerek, było przecudowne.

Później zostałam drużynową wędrowniczek. Odnalazłam swoją ukochaną metodykę. Wspólnie zbudowałyśmy wspólnotę. Razem zwiedziłyśmy wiele krajów (czasami zbyt dużo na jeden obóz). Pokonywałyśmy przeszkody, których racjonalnie nie da się rozwiązać. To był czas pełen ważnych rozmów, wyczynów, rozwoju i współdziałania. Miałam mega szczęście do inspirujących osób w drużynie. Cały czas jestem super dumna z każdej z nich.

Pół roku po założeniu wędrowniczek przejęłam hufiec i referat harcerek.

Uwielbiałam być hufcową. Był to czas pełen pożarów, ale lubiłam wspierać instruktorki w ich gaszeniu. Starałyśmy się sprawić, żeby hufiec był dla każdej osoby bezpieczną przestrzenią. Dlatego też z dumą słuchałam gdy moja zuchenka zapytała mnie czy mam już jakiegoś chłopaka albo dziewczynę. Ona jeszcze nie wiedziała, że za jakiś czas system nakaże jej wierzyć w to, że jest tylko jedna poprawna opcja. Mimo, że była to intensywna droga pełna wyzwań, to wspaniale było nią kroczyć z tymi osobami obok.

Referat był bardziej wyjściem poza chorągiew. Działałam trochę z drużynowymi i hufcowymi na miejscu. Była to bardziej doraźna pomoc lub okazjonalne gry całości. Myślę, że więcej czasu spędzałam na spotkaniach wydziału. Trafiłam na super szefowe wydziału. Naturalnie stałam się też częścią komendy chorągwi. Zaczęłam jeździć w Polskę.

To był dla mnie początek stykania się z naprawdę innymi opiniami. Wcześniej na kursach miałyśmy dyskusje na tematy „kontrowersyjne”. Jednak duża część z nas nie zgadzała się z postawionym już z góry finałowym podsumowaniem dyskusji. Tak naprawdę to z tamtych czasów kojarzę najbardziej jedną dyskusję, z mojego kursu podharmistrzyń. Kadra na początku rzuciła pytaniem czy osoba homoseksualna może być instruktorką. Na to padła szybka chóralna odpowiedź: tak. Później kadra bardzo próbowała coś wyciągnąć z tej rozmowy więcej, przekierować ją na drugą stronę argumentacyjną. Z tym, że to nie jest temat, o którym powinno się dyskutować. To nie jest kontrowersja. To jest po prostu miłość i jak możemy decydować o tym czy ktoś ma do niej prawo? Później podniosło się faktycznie parę głosów z drugiej strony i mocne głosy w kontrze. Podobno dyskutowałyśmy w oparciu o fragmenty stanowiska drużyny naczelniczki. Możliwe, że tak było, ale ja zupełnie tego nie pamiętam. Nie pamiętam też jaki był z tego wniosek. Pamiętam tylko, że byłam dumna z tego pierwszego momentu, w którym nie dałyśmy się zagonić w to, że może to być jakikolwiek temat do dyskusji.

Z pogłosek wcześniejszych sytuacji dedukowałyśmy, że u nas na Pomorzu granicą jest wspólne zamieszkanie. Nie było to oczywiście fair, ale dawało poczucie jakiejś pozornej równości. Później zmieniła się komendantka. Nie do końca było jasne jakie ma opinie. Była z nami blisko. Rozmawiała z nami tak, jakby była po naszej stronie (przynajmniej tak nam się wtedy wydawało). W pewnym momencie jednak powiedziała jednej z nas, że nie pójdzie z nią na komisję harcmistrzyń i nie będzie walczyć w cudzych walkach. Powodem było jej potencjalne wejście w związek z dziewczyną. To był dla nas spory cios. Ta instruktorka była dla wielu z nas ważną i kompetentną osobą. Często przerzucałyśmy się tym, która z nas zostanie następną komendantką chorągwi. Spoiler: żadna. Chwile później skreśliła się. To był trudny moment dla wielu z nas. Straciłyśmy zaufanie.

Starałam się zabierać głos w dyskusjach i rozmowach na temat osób nieheteronormatywnych. Odbyłam rozmowę z naczelniczką. Nie bałam się mówić. Dopóki myślałam, że jestem hetero, nie miałam się czego bać.

Czasami przechodziły mi przez myśl rozważania na temat mojej orientacji. W każdej takiej chwili karciłam się i mówiłam sobie „jesteś hetero”. Często chodziłam i powtarzałam to po parę razy „jesteś hetero”, „jesteś hetero”, „jesteś hetero”. Trochę jakbym próbowała przekonać samą siebie. Odgonić jakiekolwiek myśli idące w inną stronę. To nie dlatego, że widziałam w tym coś złego. Myślę, że mogłam obawiać się, że byłoby to trudne. Pierwsze wskazówki mogły pojawić się na moim metodyku. Przy jednej osobie nie mogłam się wysłowić i ciągle się śmiałam. Zależało mi też, żeby spędzać z nią tam czas. Czasami zazdrościłam gdy prywatnie gadała z innymi. Wtedy mówiłam sobie, że ja tak mam gdy ktoś jest dla mnie autorytetem. To też długo było coś co pozwalało mi oddalić od siebie analizy. Tak o to, szybciej poznali mnie moi rodzice niż ja sama. Do dziś pamiętam jak mój tata, przejęty moją przyszłością, zapytał czy „zamierzam mieć jakiegoś chłopaka albo dziewczynę”. Oboje utwierdzali mnie w tym, że każdy mój wybór będzie dobry. Było to dla mnie ważne i znaczące, ale też na tamten moment dziwne, no bo przecież jestem i muszę być hetero.

Aż w pewnym momencie już nie musiałam się nad niczym zastanawiać. Przestało być ważne wkładanie się w jakąkolwiek etykietę. Zakochałam się. Wszystko było jasne. To było bardziej pewne niż cokolwiek w moim życiu. Poczułam się w pełni zaakceptowana, bezpieczna. Po raz pierwszy od lat stopniowo zaczęłam się na nowo otwierać. Moje serce wypełniły w końcu wszystkie emocje. W miłości zaczęłam poznawać też siebie. Na nowo zaczęłam być. O ironio, nawet w harcerstwie zaczęłam działać bardziej zdrowo. 31.10.2023 pierwszy raz się pocałowałyśmy. Nic innego nie było wtedy tak piękne, czyste i bliskie. Mijały dni, tygodnie i miesiące, a ja tylko utwierdzałam się w tym, że to najzdrowsza i najpiękniejsza relacja jaką kiedykolwiek miałam.

To wszystko było tak piękne i niesamowite. Dzień w dzień powtarzałyśmy sobie, że nie wierzymy w to, że to się dzieje. To było takie łatwe. A może bardziej byłoby, gdyby nie inna miłość. Miłość do organizacji. Wchodząc w to wiedziałyśmy, że to nie będzie proste. Rozmawiałyśmy o tym. Ja chciałam zamknąć stopień hm, zostać następną komendantką chorągwi. Nie uważałam, że moja miłość jest zła. Jak coś tak pięknego mogłoby być? Jednak ze wcześniejszych historii wiedziałam, że nie mogę o tym powiedzieć, bo nie będę mogła zamknąć stopnia. Miałam wtedy jeszcze trzy funkcje i dwa obozy do zrobienia. Poza tym szczerze uwielbiałam być harcerką. Tak właśnie razem z naszym związkiem, zaczęło się też ukrywanie go. Nie powiem, żeby szło nam to dobrze. Raczej całkiem kiepsko. Stopniowo dowiadywało się coraz więcej ludzi. Jednocześnie mało kto zapytał nas wprost. W takich sytuacjach nikogo nie okłamywałyśmy. Nie jestem pewna czy nie wymijałam czasami pytań ogólnych o związki. W grudniu na biwaku kursu hm moja komendantka zapytała mnie przy stole czy mam dziewczynę. Ja byłam na maksa przerażona, że to pytanie padło w obecności wszystkich i to tak zwyczajnie. Zrobiłam się czerwona i nie wiedziałam co odpowiedzieć. Na szczęście uratowała mnie inna członkini kadry ze śmiechem mówiąc, że mam uważać, bo tamta jest chyba zainteresowana. Odetchnęłam z ulgą, bo nie miałam pojęcia jak z tej sytuacji wyjść.

Kurs hm był dla mnie ważnym i wartościowym czasem. Utwierdziłam się tam w tym, że mam wszystko czego potrzebuję, żeby iść dalej. Był on też trudny. Odbyły się na nim zajęcia, które na raz miały omawiać wszelkie możliwe kontrowersje związane z „wartościami”. Wśród nich pojawił się temat osób nieheteronormatywnych. Jak zawsze był obchodzony dookoła. Próbowałam wyciągnąć informacje co jest granicą czystości wg prowadzących. Bardzo długo nie dostawałam konkretnej odpowiedzi. W końcu jedna z członkiń kadry powiedziała, że wg niej granicą jest związek. Powiedziała to bez owijania bawełny jak reszta. To szczerze było dla mnie zdecydowanie lepsze. Po zajęciach ta osoba podeszła do mnie, żeby zapytać mnie jak się czuję i przeprosić, że powiedziała to tak twardo. Ja tylko jej potwierdziłam, że wolę w ten sposób. Zarówno po tych, jak po innych zajęciach około ideowych kursantki co innego mówiły oficjalnie na nich i co innego w pokoju do siebie. Z jednej strony byłam wdzięczna za te prywatne chwile w prawdzie. Dzięki temu wiedziałam, że nie jestem sama. Z drugiej strony byłam wkurzona. Jak mamy coś zmienić jeśli nie mówimy swojego prawdziwego zdania na forum. Ale każda chciała zdać kurs. Każda chciała zostać harcmistrzynią.

W końcu musiałam się spotkać z moją opiekunką w sprawie stopnia. Atmosfera była gęsta, bo nie zgadzałam się z jej poprzednią decyzją. Ona się przede mną otworzyła, powiedziała o swoich emocjach. Zapytała mnie jak to widzę, czy teraz dziewczyny mają przychodzić trzymając się za ręce na akcje chorągwi. Wtedy na to nie odpowiedziałam. Wtedy już wiedziałam, że nie jestem hetero. Wtedy już się bałam. Pamiętam, że ta rozmowa mnie załamała. To był moment kiedy pierwszy raz usłyszałam bezpośrednio jej perspektywę i zdanie.

W kwietniu oddałam drużynę. Przygotowywałam następczynię na hufcową. Miałam na oku potencjalne referentki. Wszystko szło do przodu.

Sporo osób wiedziało już o naszym związku. Byłyśmy nawet tematem jednej z rad męskiego hufca. Ostatecznie całe to ukrywanie było życiem w jednej wielkiej paranoi. Łączyło też w sobie sprzeczności. Z jednej strony chciałyśmy krzyczeć wszędzie o swojej miłości. Z drugiej strony w przestrzeniach, w których przebywałyśmy najwięcej nie było o tym mowy. Każda impreza zaczynała się przeglądaniem listy osób, które mają na nią przyjść. Ocenianiem ryzyka. Pojawienie się na niej kończyło się byciem w bolesnym oddaleniu od siebie bo przecież się domyślą. Wszyscy byli potencjalnie niebezpieczni. Nie wiadomo było komu ufać. Było parę osób, którym powiedziałam później niż bym mogła pomimo, że były mi bliskie. Nie wiedziałam jakiej reakcji mogę się spodziewać. W pewnym momencie powstała nawet wielka lista tego kto wie, kto jest potencjalnie najbardziej niebezpieczny. To wszystko zaszło już za daleko. Każdy krok był paniką tego, że zaraz stracę ogromną część mojego życia, tylko dlatego, że zyskałam kogoś kto sprawia, że jestem w końcu szczęśliwa.

Cała ta sytuacja była też nie fair w stosunku do Natki. Ona nie musiałaby się ukrywać gdyby nie moja chora sytuacja. Przeze mnie też musiała wracać do harcerstwa, które skrzywdziło ją wcześniej, a po powrocie wbiło ostatni gwóźdź. O tym może nie będę się rozwijać bo to możecie przeczytać w jej historii.

W czerwcu tuż przed obozem odbyłam jedną z tych rozmów, która wyjątkowo była wprost. Zostałam zapytana czy zamierzam porozmawiać z moją opiekunką stopnia o moim związku. Trochę się zdziwiłam tą bezpośredniością, ale tak jak wyżej pisałam, nie zaprzeczałam temu, że tak jest. Byłam wkurzona tym jak bardzo jest to nie fair, że ja muszę opowiadać o moim związku, bo inaczej miałoby to być oszukiwanie i łamanie prawa harcerskiego. Jednocześnie w podobnej sytuacji moje hetero koleżanki instruktorki nie miały żadnego obowiązku ogłaszać swoich nowych związków. Dużą różnicą jest też to, że gdyby to zrobiły dostałyby okrzyki ekscytacji i poparcia, a ja wykluczenia. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, że muszę to powiedzieć przed wyborami na komendantkę chorągwi, żeby być w pełni szczerą z instruktorkami. Dyskutowałyśmy też o tym czy aktualna komendantka wie o moim związku. Ja byłam przekonana, że musi wiedzieć. Wszyscy już prawie wiedzieli. Ja się wręcz wkurzałam, że sama nie zaczęła tego tematu, skoro już o tym wie. Ta instruktorka wzbudziła we mnie wątpliwości co do tego. Opowiadała mi o momentach gdzie były we trójkę i dwie z nich wiedziały i patrzyły na siebie zastanawiając się czy ona wie. Razem rozkminiałyśmy jak to możliwe, że dalej się nie domyśla. Później powiedziałam jej, że mam wątpliwości w tym, żeby o tym powiedzieć bo boję się, że nie pójdzie ze mną zamknąć stopnia. Ona tylko potwierdziła, że tak pewnie będzie.

Później nadchodzi czas wyjazdu na obóz i pierwszego tak długiego rozstania z Natką. Mój tryb pełnego oddania na miejscu nie pomagał w naszym kontakcie na odległość. W końcu przyjechała do mnie na żywo. Jak ją zobaczyłam to byłam przeszczęśliwa. Później ze strachu podejmowałam złe decyzje. Nie wiedziałam jak się zachować. Na ile mogę być blisko. Zraniłam ją. Wtedy już postanowiłam. Dłużej nie będę tego ukrywać. Powiem to jutro na radzie komendy chorągwi. Nie miałam już siły. To mnie wykańczało i nie wpływało dobrze na najważniejszą dla mnie relację. Następnego dnia zaczęły się zjeżdżać instruktorki na spotkanie. Chwilę przed nim dostałam okropnej paniki, że boję się to powiedzieć, że nie chce, żeby to był koniec, że to strasznie nie fair. Całe szczęście miałam przy sobie przyjaciółki, które na maksa, które mnie wtedy wsparły. Zaczęła się rada. W pewnym momencie padł temat przyszłej komendantki chorągwi. Ktoś mnie wywołał czy ja nie chciałam czasami nią zostać. Ja potwierdziłam to, mówiąc jednocześnie, że jak większość z nich wie jestem w związku z Natalką i nie wiem co na to moja opiekunka i góra. Zostało mi później zarzucone, że było to zrobione w formie wyzwania. Nie miało to niczego takiego na celu. To był dla mnie naprawdę trudny moment i zakładam, że nie tylko dla mnie. Jednocześnie nic tam nie było robione perfidnie z jakimś większym planem. Chciałam tylko wyjść z szafy. Przestać się ukrywać. Przestać się bać każdego mojego kroku. Być w pełni. Po moich słowach długo była cisza. Padło jedno zmartwienie o to co powiedzą instruktorki na wyborach. W odpowiedzi poszła wypowiedź o instruktorkach z Pomorza, która bardzo mnie wsparła. Po tym nastało milczenie. Przerwane przejściem do następnych tematów. W sumie nie wiedziałam co myśleć po tej rozmowie. Czy milczenie oznaczało zgodę? Komendantka rozmawiała ze mną po niej jak gdyby nigdy nic o innych sprawach. Domyślam się z perspektywy czasu, że mógł to być dla niej szok. Okazało się, że faktycznie nie wiedziała. Dla mnie to był moment, w którym w końcu mogłam przestać się ukrywać. Jednocześnie nic nie traciłam.

Następny miesiąc minął mi bez żadnego wezwania na rozmowę czy wątpliwości co do mojego statusu w organizacji. Na początku sierpnia odbyła się rada chorągwi. Okropnie bałam się i nie chciałam na nią jechać. Gryzłam się do ostatniego momentu. Dlatego też co chwilę zmieniałam zdanie. Niby miesiąc wcześniej milczenie było znaczące, ale dalej nie wiedziałam jak to będzie z moim stopniem. Ostatecznie zdecydowałam się dojechać z rana. Pojechałam jakimś okropnie wczesnym pociągiem. Zgubiłam się w lesie przez niedziałającą lokalizację. Miałam do przejechania godzinę rowerem, która rozciągnęła się przez źle obraną trasę. Przez to dotarłam na miejsce spóźniona. W momencie pytania o plany powtórzyłam, że chce zostać komendantką chorągwi, ale jeszcze nie wiem czy jako podharcmistrzyni czy harcmistrzyni. Musiałam szybciej opuścić spotkanie bo spieszyłam się na chrzest instruktorki z mojego hufca. Po nim wróciłam jeszcze na chwilę na teren borneo, żeby odzyskać mój rower. Tam jedna instruktorka zapytała mnie czy zamierzam porozmawiać z komendantką na temat tej sytuacji. Utwierdziła mnie w tym, że ona faktycznie wcześniej nie wiedziała. Powiedziała też, że to ja muszę do niej zagadać bo ona pewnie tego nie zrobi. Wkurzałam się, że to niesprawiedliwe. Ja nie widziałam problemu w moim związku, tylko ona. Dlaczego to ja miałam podejmować krok, żeby o tym rozmawiać.

Niedługo po radzie, komendantka zadzwoniła do mnie, żeby umówić się na rozmowę. Termin udało nam się znaleźć w tempie ekspresowym na następny tydzień. Szłam na to spotkanie z ogromnym strachem, że nie zamknę tego stopnia. Zawsze powtarzałyśmy, że nie jest ona w stanie powiedzieć ostatecznej decyzji, więc to jedyne o co mogłam się obawiać. Rozmowa potoczyła się jednak w stronę, na którą zupełnie się nie przygotowałam. W 15 minut skończyła się cała moja historia z harcerstwem. Dowiedziałam się, że moja relacja nie jest zgodna z Wolą Bożą, że nie mogę dawać dobrego przykładu własnego, że mam nie oszukiwać siebie i innych, że jestem instruktorką. Niby dostałam pytanie czy widzę jakieś rozwiązanie, ale wiedziałam, że ona już przyszła z decyzją, więc zapytałam się jaka ona jest. Dostałam wybór. Albo sama się skreślę w ciągu najbliższych dwóch tygodniu, albo zostanę wykluczona ze związku. Chciała mnie też zawiesić tego samego dnia. Miałam jednak za parę dni obóz, który łaskawie pozwolili mi jeszcze zrobić.

Od dawna krążyły mity o sławnym „wyborze” w ZHRze. Zazwyczaj był to wybór pt. „twoja miłość albo ZHR”. Osoby, które go dawały chyba nie zdawały sobie sprawy z tego jak okrutne to jest. Najłatwiej jest zwalić odpowiedzialność. „To przecież nie my Was wykluczamy.” „Macie wybór”. „Są inne organizacje”. Tylko nie o to w tym wszystkim chodzi. Gdybyśmy chcieli być w innej organizacji to zapewne byśmy tam byli. To na tej zależy nam całym sercem. To dla tej oddajemy całych siebie. To wszystko, żeby w jednym momencie stracić wszystko. Wiadomo, że tak jest łatwiej. Odchodzimy po cichu. Znowu ktoś zdecydował się skreślić. Najwyraźniej to był już czas.

Ja od początku wiedziałam, że nie dam sobie tego zrobić. Jeżeli będą chcieli, żebym odeszła to niech wezmą za to odpowiedzialność. To nie wpływa na moją wartość. Mogę być tak samo dobrą instruktorką. Mam prawo tutaj być. To nie jest moja decyzja. Ja nie zrobiłam niczego złego. Tak też gdy dostałam ten „wybór”, odpowiedziałam, że się nie skreślę i przy tym stałam.

Po rozmowie napisałam do komendantki, że uważam, że była ona przeprowadzona w zły sposób, bez żadnych emocji. W odpowiedzi dostałam propozycję spotkania się z komisją. Przyjęłam ją. Tam usłyszałam, że jestem błędem systemu, bo za późno mnie wykryły. Zaproponowały mi, żeby opracować wspólnie system jak mogą robić to szybciej, jak szybciej nas wykrywać. Ale dostałam też słowa wsparcia i docenienia, które były dla mnie ważne. Komisja podtrzymała decyzję. „Były zgodne w swojej wewnętrznej niezgodzie”.

To był sierpień. Miałam dwa tygodnie, żeby dokończyć wszystkie swoje sprawy. Nie było pomysłu na moje ekspresowe następczynie, a ja nie chciałam zostawiać hufca samego. Zależało mi też na tym, żeby dziewczyny dowiedziały się ode mnie. Musiałam odbyć z nimi rozmowę online, bo to przecież były wakacje. To była okropna zdzwonka. Nikt oprócz mnie i mojej przyjaciółki się na niej nie odezwał. Wiedziałam też, że forma przekazu nie była najlepsza. I faktycznie po rozłączeniu wszystkie dziewczyny do mnie zadzwoniły prywatnie albo napisały. Pierwszy krok miałam za sobą. Później pojechałam na obóz wędrowny jako komendantka. Pomimo okoliczności był on naprawdę dobry. Miałam na nim dwie super jednostki. Wiedziałam, że jeśli gdzieś mam spędzić moje ostatnie harcerskie chwile, to właśnie tam. On był też ważny dla mnie duchowo. Na komisji dostałam pytanie czy zapytałam się kiedyś Boga o to czy to co robię jest dobre. Tak trochę z przekory, ale na jednych zajęciach duchowych stwierdziłam, że to zrobię. W odpowiedzi na to, chwilę później, dostałam fragment „Hymnu o miłości”, a następnego dnia obudziła nas ulewa z podwójną tęczą i dzwonami kościelnymi w tle. Uznałam to za całkiem jasną odpowiedź.

Nieuchronnie nadszedł 1 września, a wraz z nim suchy rozkaz z moim wykluczeniem. Po raz kolejny straciłam coś ważnego, tylko tym razem nie mogłam przeżyć tego z moją wspólnotą. Miałam szczęście, że miałam Natkę i przyjaciółki, które po każdej trudnej informacji starały się mnie podnosić. Dostawałam też dużo słów wsparcia od innych instruktorów i instruktorek. Wiedziałyśmy, że to nie koniec. W mojej sytuacji została jeszcze jedna opcja. Do końca nie chciałam pisać tego odwołania do sądu. Bałam się okropnie kolejnej konfrontacji. Miałam dość bycia silną. Wiedziałam, że to nie sprawi, że mnie przywrócą. Miałam być tylko trochę dłużej instruktorką, wiedząc, że nie jestem mile widziana. Jednocześnie wiedziałam, że to ważne. To przestała być już walka o moją sytuację. Chciałam to zrobić dla innych. To była na tamten moment jedyna opcja otrzymania konkretnego zdania od organizacji. Tak, znowu zaczęłam być instruktorką. Poszłam na kuźnice o osobach nieheteronormatywnych w ZHRze. Ksiądz, który ją prowadził był zdania, że to choroba, a w Biblii nie ma takiego słowa jak LGBT. Stał przy tym, że w kościele jest miejsce dla każdej osoby. Jednocześnie w ZHR muszą być wyższe standardy bo „czy chcemy, żeby ktoś taki wychowywał nasze dzieci?”. Pojechałam na służbę dla powodzian, gdzie spotkałyśmy też inną, byłą, niehetero harcerkę. Dostałam też smsa od innej instruktorki z poleceniem książki, która doradzała jak wyleczyć się z homoseksualizmu. To był dla mnie okropny cios. Wiedziałam, że w głębi serca ona chce dobrze, ale okropnie mnie to zraniło.

W końcu nadszedł moment sądu harcerskiego. Dobrze, że miałam ekipę wsparciowo-przygotowawczą, bo inaczej bym poległa. Podczas rozprawy wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę. Byłam wysłuchana. W moim poczuciu nawet utwierdzana w tym, że to co mówię ma sens. Wróciła mi nadzieja, że może nawet to wygramy. Jednocześnie wiedziałam, że nawet jeśli nie to dobrze, że będzie to oficjalnie na piśmie. Jakiś czas później przyszła odpowiedź. Była negatywna. Myślałam, że to dla mnie tylko formalność. Tak naprawdę wtedy na dobre się rozpadłam. Nie było już innej opcji. Naprawdę przestałam być harcerką. Chciałam w jednym momencie pozbyć się wszystkich rzeczy związanych z harcerstwem. Na nowo stworzyć swoją osobę. Sprawić jakby to się nigdy nie stało. Prawie mi się to udało. Czasami naprawdę tracę z mojej świadomości ten fakt. Do momentu aż zobaczę zapaloną świeczkę w domu, ognisko na koncercie, skrawek munduru kogoś znajomego. Wtedy wszystko wraca.

W międzyczasie słyszałam pogłoski, że cała moja historia była tylko jednym wielkim spiskiem. Strasznie mnie to boli. Moja miłość nigdy nie była żadną intrygą. Nie planowałam tego. Jestem przeogromnie wdzięczna, że mnie spotkała. Natalka jest najważniejszym co mnie spotkało w życiu. Jak słyszę o tym, że jest to nieczyste to okropnie jestem zła. To najczystsza relacja jaką mogłabym sobie wymarzyć. Pełna szacunku, zrozumienia i akceptacji. Argumentem, który padł na mojej rozmowie z komendantką było to, że jestem zaręczona, więc jest to już coś pewnego. Ja uważam, że to jest właśnie przykład własny. Teraz, jak nigdy wcześniej, mogłabym powiedzieć czym jest prawdziwa miłość. Jak o nią dbać. Jak być szczęśliwą.

Dla ciekawskich: tak, zamieszkałyśmy razem, ale dopiero po wrześniowym rozkazie. Ale czy to ma znaczenie? Zupełnie nie. Nasz ślub nie miałby znaczenia dla ZHRu. Nigdy nie byłoby przyzwolenia na to, żebyśmy mogły żyć jak inni. To długo było coś co mnie trzymało. Nie możemy ze sobą zamieszkać, bo to jest granica. To byłby potencjalny argument. Ostatecznie okazało się inaczej. Granicą okazała się deklaracja miłości. Chociaż, czy tak naprawdę? Nigdy nie wiadomo czym jest ta enigmatyczna granica. Dla każdej osoby oznacza ona co innego. Tak długo jak tak będzie, tak długo wszyscy będą żyli w strachu kiedy ją przekroczą.

Brakuje jasnych zapisów. Strategii, do których każdy ma dostęp czarno na białym. Kiedyś ktoś mi powiedział, że nie możemy wymagać od ludzi interpretowania dokumentów na ich niekorzyść. Tego właśnie wymaga od nas organizacja. Jeśli w pewnym momencie zrozumiesz, że nie jesteś hetero, określ tę granicę. Najlepiej niech będzie ona tam, gdzie jeszcze nikt nie zdąży się dowiedzieć jak jest. Wtedy usuń się po cichu z wdzięcznością za to co dostałaś od harcerstwa. Problem pojawia się jeśli nie chcemy wierzyć w to, że jest to coś złego, że jest to grzech. Gdy czujemy, że mamy takie samo prawo, żeby zostać.

Marzę o tym, żeby to, czy ktoś będzie bezpieczny w tej organizacji, nie zależało tylko od tego na jaką drużynę trafi. Żeby czas, w którym będzie chroniony, nie był limitowany. Żeby moje harcerki nie musiały się wstydzić tego, że traktują na równi każdą miłość i żeby w przyszłości nie musiały być za to wykluczane.

Zaraz po mojej sytuacji w sierpniu, naturalnie zaczęłyśmy produkować mnóstwo pomysłów na rozwiązania, tak jak nas nauczono. Łączyłyśmy się osobami, które zarówno teraz jak i w przeszłości, nie zgadzały się z tym co się dzieje. Najpierw zaczęło się od pomysłów artystycznych i propozycji na poprawkę do Statutu. Później w odpowiedzi na wątpliwości związane z przechowywaniem danych i pozyskiwaniem funduszy na projekty, powstało całe stowarzyszenie. Oczywiście spotkałyśmy się z różnym odbiorem. To tylko utwierdziło mnie w tym, że to co robimy ma sens. Mam ogromną nadzieję, że część osób, które piszą te krzywdzące słowa, będzie miała szansę zobaczyć inną perspektywę. Chciałabym też, żeby ci, którzy wcześniej musieli być cicho, mieli szansę się wypowiedzieć. Tym razem bez strachu, będąc w pełni sobą. Bo przecież tego nauczyło nas harcerstwo. Przykładu własnego.

Julka